czwartek, 31 sierpnia 2017

"Roland" Stephena Kinga - swoisty eksperyment dla mamuśki, stanowiący wstęp do dzieła życia autora

Wiele słyszałam o twórczości Stephena Kinga, ale jeszcze nie miałam przyjemności czytać jego książek, dlatego gdy dostałam możliwość poznania pierwszej części cyklu "Mroczna wieża", określanej mianem dzieła życia autora – z ciekawością po nią sięgnęłam. Za egzemplarz recenzencki dziękuję pani Katarzynie z wydawnictwa


które pokusiło się o wydanie kolekcji w nowych szatach graficznych, a pierwsza część serii została dodatkowo wzbogacona o opowiadanie "Siostrzyczki z Elurii". Zacznijmy jednak od początku. ;)



Opis pochodzący z okładki książki "Roland"

"Na jałowej ziemi przypominającej planetę po apokaliptycznej zagładzie pozostały tylko ślady dawnej cywilizacji. Roland Deschain, ostatni z dumnego klanu rewolwerowców, przemierza ten złowrogi, zamieszkany przez mutanty, demony i wampiry świat, ścigając człowieka w czerni. Wierzy, że ten posiadł tajemnicę Mrocznej Wieży – centrum wszystkich światów, miejsca, w którym być może uda się rozwiązać zagadkę czasu i przestrzeni i odkryć tajemnicę istnienia."

Wspomnieć od siebie muszę, iż cykl "Mroczna wieża" łączy w sobie elementy fantasy, horroru i westernu. Ciekawy eksperyment, prawda? :)
Moje wrażenia po lekturze książki

Pierwsze co rzuca się w oczy to cudowne wydanie. Dawna okładka przedstawiająca dwa rewolwery ułożone w kształt wieży, została obdarzona dodatkową miękką obwolutą, ukazującą czarno – białe zdjęcie mężczyzny i chłopca wędrujących w kierunku odwróconej wieży. Ogromnie przypadła mi do gustu zastosowana w książce czcionka i jej rozmiar, które z całą pewnością sprzyjają czytaniu powieści.
Lekturę poprzedza wstęp autora, który opowiada o kolejnych etapach tworzenia dzieła swojego życia. Warto wspomnieć, iż Stephen King zaczął pisać Rolanda mając dziewiętnaście lat, gdy był młodym, "niepokornym", niedoświadczonym przez życie człowiekiem, postrzegającym świat jako stojący przed nim otworem. Młody Stephen nie przeżył jeszcze w tamtym czasie poważniejszych życiowych traum. Jak jednak wspomina później autor – nie chciał zmieniać powieści pisanej na różnych etapach swojego życia, bo przecież każdy wiek ma swoje prawa i swój urok, każda część "Mrocznej wieży" jest inna, a my, czytelnicy, możemy dzięki temu zaobserwować jak rozwijał się styl pisania Kinga na przełomie lat. Czytając wstęp pisarza wielokrotnie uśmiechałam się i zapałałam do niego wielką sympatią.
"Roland" odkrył przede mną zagadkowy, tajemniczy świat. Niejednokrotnie miałam problem ze zrozumieniem tekstu, ponieważ King postanowił nie przedstawiać nam swojego świata w sposób dosłowny, zachowując chronologię wydarzeń i dokładnie opisując postacie. Dowiadujemy się jedynie, iż rewolwerowiec Roland wędruje po opuszczonych miastach, ścigając człowieka w czerni. Kim jest ten ostatni i dlaczego Roland pragnie go dopaść dowiadujemy się stopniowo. Pisarz wprowadza pojęcia: Niska i Wysoka Mowa, Wieża, Wyrocznia, jądro egzystencji, ka – nie wyjaśniając nam od początku co te słowa oznaczają. Jednocześnie stosuje przeskoki czasowe, w których nie koniecznie od początku musimy się trafnie orientować. Trafiamy do zupełnie nieznanego świata, a on długo takim dla nas pozostaje.

„-Dlaczego tutaj jestem – zapytał Jake. - Dlaczego wyleciało mi z głowy wszystko, co było przedtem?
-Dlatego że ściągnął cię tu człowiek w czerni – odpowiedział rewolwerowiec. - I z powodu Wieży. Wieża stoi jakby w punkcie przecięcia energii. W czasie.
-Nie rozumiem tego!
-Ja też – przyznał rewolwerowiec. - Ale coś się dzieje. W moim własnym czasie. Świat poszedł naprzód, mówimy... stale to mówiliśmy. Teraz jednak posuwa się szybciej. Coś się stało z czasem. Robi się bardziej miękki.”

Nawet kiedy skończyłam czytać książkę nie poznałam wszystkich istotnych w powieści faktów, choć ich stopniowe odkrywanie było dość interesujące. Dowiedziałam się przede wszystkim, kim jest tytułowy Roland. Poznałam jego przeszłość oraz przyjaciół z dzieciństwa, których już przy nim nie ma.
Spodobał mi się klimat powieści: wędrówki Rolanda po opuszczonych miastach (niczym z Dzikiego Zachodu), spotkania z: istotami żywymi i umarłymi, demonami, czy powolnymi mutantami. Polubiłam Jake'a – zagubionego chłopca z przyszłości, którego Roland spotkał na swojej drodze. Tempo powieści raz jest powolne, innym razem akcja przyspiesza i nie możemy się od niej oderwać. Mnie szczególnie spodobało się spotkanie Rolanda w jednym miasteczek z nawiedzoną Sylwią Pittison oraz ucieczka wędrowca i Jake'a przed śledzącymi ich powolnymi mutantami.
Sporo osób zachwyca się serią „Mroczna wieża”, jednak zazwyczaj ich miłość do tego cyklu rozwinęła się wraz z kolejno pojawiającymi się częściami cyklu. Wprawdzie „Roland” nie zdobył mojego serca, jednak sam Stephen King mówi:

„(...) Roland nawet nie brzmiał tak jak następne książki – był, prawdę mówiąc, raczej trudny w lekturze. Zbyt często musiałem się za niego tłumaczyć i powtarzać ludziom, że jeśli będą wytrwali, odkryją, iż opowieść odnalazła właściwy ton dopiero w Powołaniu Trójki.”

Jednocześnie nie mogłabym nie wspomnieć o pozytywnych stronach książki. Nie można pozostać obojętnym wobec tego, jak książka intryguje swoją tajemniczością. Czytając miałam wrażenie, iż ostatecznie czeka nas wielkie zaskoczenie, że w którymś momencie powiem „Woow, to jest kapitalne”. Nie dotarłam wprawdzie do tego fragmentu, jednak zauważyłam, iż w książce tkwi duży potencjał. Myślę, że wytrwali zostaną nagrodzeni.
Osobiście jeszcze nie wiem, czy przeczytam „Powołanie trójki” - czas pokaże. Jestem jednak przekonana, iż to nie koniec mojej przygody z Kingiem i z pewnością sięgnę po jego inne historie, tym bardziej że opowiadanie „Siostrzyczki z Elurii” bardzo mi się spodobało. Pochłonęłam je niemal jednym tchem. To tajemnicza historia o: Rolandzie, zielonych ludziach, Johnie Normanie, wampirzych siostrach, nietypowych lekarzach i o miłości. Poznajemy w nim zwyczaje i obrzędy wampirzyc z Elurii, mamy do czynienia z medalionami o niesłychanej mocy i narkotycznymi ziołami. Akcja stopniowo przyspiesza i niemal od początku do końca z zapartym tchem śledzimy losy bohatera. Zakończenie książki zaskakuje i mi troszkę złamało serduszko, ale żeby przekonać się, co mam na myśli – sami musicie sięgnąć po tę powieść.


A Wy? Znacie jakieś powieści Kinga? Lubicie twórczość tego autora? Jakie jego książki polecacie szczególnie? A może jesteście w trakcie lektury serii „Mroczna wieża”? Jeśli tak... koniecznie napiszcie którą część cyklu czytacie i jak podoba Wam się ta seria? 

środa, 30 sierpnia 2017

"W sieci uczuć" Anety Krasińskiej - mój PATRONAT MEDIALNY

Jak wspominałam we wcześniejszych postach książki Anety Krasińskiej znam wszystkie. Tutaj możecie znaleźć opinię o mojej ulubionej "Finezji uczuć" (mówiącej o miłości pomiędzy księdzem a mężatką), tutaj o "Szukając szczęścia" (pozycji poruszającej temat choroby dziecka i samotnego macierzyństwa), natomiast w tym miejscu przeczytacie o moich odczuciach po lekturze książki "Odroczone nadzieje", której tematem przewodnim jest choroba Alzheimera i wewnętrzna walka bohaterki pomiędzy opieką nad chorą matką, a poszukiwaniem własnego szczęścia w życiu. Dziś pragnę zapoznać Was z najnowszą pozycją pisarki, książką "W sieci uczuć", którą objęłam swoim patronatem medialnym.


Opis książki (pochodzący z okładki)

"Kamila stara się być pilną studentką, idealną córką i doskonałą pracownicą, jednak umiejętne pogodzenie tych wszystkich obowiązków wymaga ogromu poświęcenia i w efekcie graniczy z cudem. Gdy do tego dochodzi jeszcze niespełniona, a może nieuświadomiona miłość z czasów studenckich, dziewczyna zaczyna się gubić w sieci własnych uczuć. Przypadek sprawia, że na jej drodze staje kolejny mężczyzna, ale ten związek szybko okazuje się toksyczny. Wbrew naciskom matki Kamila odważnie stawia swoje życie na głowie i pakuje walizki, chcąc poszukać swojego szczęścia za granicą. W Berlinie musi się zmierzyć nie tylko z nowymi obowiązkami w pracy, wielokulturowym społeczeństwem, ale również odnaleźć się w obcym kraju, gdzie tak trudno trafić na kogoś życzliwego. Kiedy wreszcie wydaje się, że pokonała już wszystkie schody w drodze na szczyt, zjawia się Tomasz i uświadamia jej, jak bardzo jej dotychczasowe życie było puste..."
Moje wrażenia po lekturze

Aneta Krasińska zazwyczaj w swoich opowieściach porusza istotne problemy życiowe, które mogłyby stać się naszym udziałem. W takich sytuacjach daje wsparcie osobom zmagającym się z daną sytuacją. Z drugiej strony opisane dylematy mimo, iż mogą spotkać każdego z nas, szczęśliwie nie każdego dotkną osobiście. Tym samym niedoświadczonych w danej dziedzinie czytelników autorka uwrażliwia na problemy innych ludzi, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi.
Pisarka nie boi się poruszać tematów: trudnej miłości, choroby, czy samotności. Przede wszystkim jednak pokazuje, iż warto walczyć o siebie i mimo problemów życiowych dążyć do spełniania w życiu swoich pragnień oraz odnalezienia w nim swojego własnego miejsca. "W sieci uczuć" to kolejna taka pozycja. Nie dotyka ona jakiegoś jednego, konkretnego dylematu. Jej treść dotyczy zmagania się pomiędzy wyborem tego, czego oczekują od nas najbliżsi a dążeniem do własnych celów, porusza kwestie: samotnego macierzyństwa i prób wyrwania się spod opiekuńczych skrzydeł matki, przyjaźni, pierwszej miłości i dojrzewania (dojrzewania do zrozumienia, czego oczekuje się od życia i wzięcia odpowiedzialności za własny los).
Kamila jest zwykłą dziewczyną, studentką, wychowywaną jedynie przez matkę. Dziewczyna ma ogromne ambicje. Walczy, aby osiągać dobre wyniki w nauce, od drugiego roku studiów pracuje, pragnie być przykładną córką i wciąż dąży do perfekcji. Stres próbuje redukować zajadając się czekoladkami. Jedni z Was pewnie polubią bohaterkę, zaś inni nie będą mogli jej znieść. Dlaczego? Ponieważ ma ona zalety i wady, odnosi sukcesy i porażki, czasem dokonuje słusznych, niekiedy nieodpowiednich wyborów, waha się, popełnia błędy. Wierzę jednak, że czytając książkę docenicie prawdziwość bohaterki. Ja czytając miałam poczucie, iż Kamila mogłaby być moją sąsiadką, koleżanką, a może nawet kimś bliższym? Dlaczego? Ponieważ nie jest "superbohaterką", kobietą bez skazy. Jest taką samą osobą, jak każdy z nas. Nieraz miałam ochotę krzyczeć do niej "Dziewczyno! Co Ty wyprawiasz!", czasem cieszyłam się z jej wyborów, ale wytrwale kibicowałam jej w odnalezieniu swojej drogi życiowej i dążeniu do szczęścia. Co ciekawe! W moim odczuciu Kamila dojrzała, gdy jednak się z nią żegnamy – nie jest ideałem i wciąż możemy traktować ją niczym sąsiadkę zza ściany, która będzie odnosiła w życiu sukcesy, ale i popełniała błędy. Podobnie jak każdy z nas.
"W sieci uczuć" to pozycja, która prowadzi nas przez życie bohaterki tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Obserwujemy jej wzloty i upadki oraz kolejne etapy w życiu. Towarzyszymy jej podczas całego okresu studiów, w pracy, podczas randek z chłopakiem i spotkań z przyjaciółkami. Widzimy przemianę bohaterki. Początkowo zagubiona, niepewna tak naprawdę czego chce od życia – bohaterka zamienia się w świadomą swoich uczuć i dążeń kobietę.
Ogromnie spodobały mi się kapitalne opisy snów Kamili, które odzwierciedlały jej sytuację.

"Jestem sama w tym bezkształtnym tunelu osobliwości, z którego nie ma wyjścia. Brak światła potęguje moją frustrację.
Powietrze wokół mnie gęstnieje. Wszystkie swoje wysiłki koncentruję na, zdawałoby się, najprostszej czynności. Każdy oddech staje się dla mnie wyzwaniem. Czuję, jak powoli tracę zmysły.
Nie jestem już sobą!
Kim jestem?
Dlaczego nie walczę?
Dokąd zmierzam?
Nie znam stanu, który byłby gorszy od całkowitego upadku...”

Oprócz Kamili bliżej poznajemy również jej znajomych ze studiów, mamę, chłopaka Piotra, przyjaciółki: Irminę, a następnie Elżbietę. Każda z tych postaci ma wpływ na życie Kamili, a także własne rozterki. Mama oczekuje od córki, iż ta zwiąże się z Piotrem i na stałe będzie mieszkała w mieście swojego dzieciństwa. Dopóki plany dziewczyny zgodne są z oczekiwaniami matki – jest wszystko w porządku. Kiedy jednak bohaterka obiera inną drogę – mamie trudno jest to zaakceptować. Piotr początkowo wydaje się dobrym towarzyszem, jednak z czasem Kamila zaczyna zauważać, że nie widzi go jako swojego życiowego partnera. Irmina – przyjaciółka ze studiów oraz Elżbieta cały czas starają się wspierać koleżankę. Mają jednak własne problemy i rozterki życiowe. Osobiście ogromnie żałuję, że nie dane mi było poznać do końca historii Elżbiety.
Podobały mi się opisy rzeczywistości szkolnej stworzone przez pisarkę. Uśmiechałam się, śmiałam w głos i potakiwałam głową – podczas ich pochłaniania:

Kiedy autobus odjechał, poczuła skurcz w żołądku. Przez moment uważnie rozglądała się wokół. To miejsce wyglądało zgoła inaczej niż wczoraj. Dopiero wówczas dostrzegła, że wysiadła za wcześnie. Żeby dodać sobie odwagi, raźnym krokiem ruszyła do przodu. Te kilkaset metrów dzielących przystanek autobusowy od szkoły nie dały jej szans na całkowite otrząśnięcie się z emocji, dlatego gdy otworzyła drzwi wejściowe, z rozdziawionymi ustami zastygła, patrzyła na to, co się działo na korytarzach. Dookoła panował chaos. Nad głowami dosłownie latały worki z butami, kurtki, które już dawno powinny wisieć na wieszakach, czy czapki, które bez przerwy lądowały pod czyimiś nogami. Kamila, gdy tylko odrobinę ochłonęła, przedarła się przez tę dżunglę, opanowaną przez 'dzikich ludzi', i podążyła w stronę pokoju nauczycielskiego.”

Opowieści Anety Krasińskiej czyta się z ogromną lekkością. Bez trudu wyobrażamy sobie opisane przez nią sytuacje i wytrwale kibicujemy bohaterom. Książkę „W sieci uczuć” miałam przyjemność przeczytać dwukrotnie. Początkowo jeszcze przed korektą, a następnie po wydaniu publikacji i za każdym razem czytałam ją z przyjemnością. Jeśli macie ochotę poznać historię młodej kobiety, która wchodzi w dojrzałość, studiuje, pracuje, kocha, popełnia błędy, lecz przede wszystkim dąży do odnalezienia w życiu siebie i poszukuje swojego miejsca w świecie – to jest to historia dla Was.


Lubicie czytać takie powieści? Poznaliście już jakieś książki Anety Krasińskiej? Jak Wam się podobały? Osoby zainteresowane książkami pisarki zachęcam do udziału w konkursie tutaj na blogu lub na facebooku.

niedziela, 27 sierpnia 2017

KONKURS PATRONACKI z książką "W sieci uczuć" Anety Krasińskiej

Witajcie kochani!
Dziś zapraszam Was na konkurs z książką pisarki, której wszystkie powieści przeczytałam i której wytrwale kibicuję. :)) Nowa książka Anety Krasińskiej to "W sieci uczuć" – opowieść o młodej, ambitnej kobiecie, która postanawia rozpocząć nowe życie za granicą. Czy jej się to uda? Odpowiedź poznacie zagłębiając się w lekturze. :)) 




A co trzeba zrobić, by wygrać książkę z zakładką? Zasady są proste:
1. W konkursie możecie wziąć udział dwa razy (raz tutaj i raz na facebooku). Zasady udziału są nieco inne na blogu i na facebooku, jednak dotyczą tego samego konkursu.
2. Tutaj Waszym zadaniem jest zaobserwowanie mojego bloga oraz odpowiedź w komentarzu na pytanie "Czy lubicie książki obyczajowe. Jeśli tak – to co cenicie w nich szczególnie?"
3. O wygranej zdecyduje losowanie.
4. Jeśli w konkursie weźmie udział 100 lub więcej osób kolejna wylosowana osoba otrzyma ode mnie "Odroczone nadzieje" autorki wraz z zakładką.
5. Konkurs trwał będzie od dziś (27.08) do niedzieli (03.09) do północy.
6. To jak? Zaczynamy zabawę? :)

sobota, 26 sierpnia 2017

Stosik nowości w mojej biblioteczce

Nie licząc unboxingu z książkami od wydawnictwa Szara Godzina (który możecie zobaczyć tutajoraz bieżących zdobyczy, które otrzymywałam od publikatorów - dawno nie pokazywałam Wam moich stosików. Ostatnio przybyło do mnie trochę ciekawych tytułów, więc dziś zapraszam serdecznie do ich obejrzenia. Oto i nowi goście, którzy rozgościli się na moich półkach. ;)



1. "Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa" Arthura Conana Doyle'a – ogromna, piękna księga będąca prezentem od męża na urodziny;
Seria Ricka Riordana "Percy Jackson i bogowie olimpijscy", którą kupiłam sobie w nagrodę za kolejny pracowity rok w szkole, a wśród nich:
2. "Złodziej pioruna";
3. "Morze potworów";
4. "Klątwa tytana";
5. "Bitwa w labiryncie";
6. "Ostatni olimpijczyk";
7. "Żałując macierzyństwa" Orny Donath – egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Kobiece;
8. "Dziewczyna z Brooklynu" Guillaume Musso – egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Albatros, (tu jest moja opinia);
9. "We wspólnym rytmie" Jojo Moyes – egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Znak (mój opis);
10. "Siedem minut po północy" Patricka Nessa – zakup własny (od dawna chciałam dorwać ilustrowany egzemplarz tej książki, teraz to się udało);
11. "Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" Claire North, którą dopadłam w Biedronce za 10 zł (Niewiarygodne? A jednak!)


12. "Kromka chleba" Dagmary Dworak, czyli drugi prezent urodzinowy od męża – książka zawierająca wspomnienia z syberyjskiego zesłania wraz z płytą przedstawiającą powrót do miejsc zsyłki po 70 latach;


13. I ostatnia już pozycja. "Niedopowiedzenia. Almanach poetów gminy Kobylnica". Jest to prezent od mojej wieloletniej przyjaciółki, której wiersze znalazły się w tym właśnie tomiku. Jestem z Ciebie dumna, Agnieszko! :))

I jak? Wpadła Wam w oko któraś z moich zdobyczy? Czy Wam również hamulce zakupowe puściły w te wakacje? Pochwalcie się, jakie książkowe (i nieksiążkowe) cuda udało Wam się zdobyć. :))

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Czytelnicze i blogowe podsumowanie lipca

Większą część lipca spędziłam u mojej kochanej rodzinki. Oprócz czytania książek i blogowania starałam cieszyć się ich obecnością, bo ponownie najszybciej spotkamy się w grudniu. Oto książki, jakie udało mi się przeczytać w tym czasie.



1. W słońcu i we mgle” Doroty Schrammek, 288 str.
2. Bilet do szczęścia” Beaty Majewskiej, 288 str.
3. ”Między niebem a Lou” Lorraine Fouchet, 352 str.
4. ”Melodia zapomnianych miłości” Doroty Gąsiorowskiej, 628 str.
5. ”Złodziej pioruna”, czyli I część serii Ricka Riordana „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”, 360 str.
6. ”Kolej podziemna” Colsona Whiteheada, 384 str.

Jeśli chcecie poznać moją opinię o którejś z tych książek – kliknijcie w wybrany tytuł. Łącznie przeczytałam 2300 stron, co daje około 74 przeczytane strony dziennie. Będę zadowolona, jeśli po powrocie do pracy we wrześniu uda mi się utrzymywać ten wynik. Najlepszą książką jaką przeczytałam w lipcu jest pozycja „Między niebem a Lou”, która niewątpliwie będzie uznana przeze mnie za jedną z najlepszych książek, jakie przeczytam do końca 2017 roku.


Oprócz zamieszczenia recenzji wyżej wymienionych książek w lipcu przedstawiłam również swoje wrażenia po pochłonięciu książek „Żółta tabletka plus” Anny Sakowicz oraz „Trzy i pół sekundy” Amandy Prowse. Jak zazwyczaj podsumowałam swój blogowy i czytelniczy czerwiec tutaj oraz pisałam o upatrzonych przeze mnie książkowych premierach lipca tutaj i tu.
Spośród tytułów, które Wam polecałam przeczytałam trzy. Premiera „We wspólnym rytmie” Jojo Moyes przesunęła się odrobinę i tę książkę przeczytałam w sierpniu. Na blogu już możecie znaleźć jej recenzję. „Mroczna wieża” Stephena Kinga trafiła do mnie niedawno i w wolnych chwilach ją pochłaniam. Natomiast książka „Poszukiwani, poszukiwany” Małgorzaty Falkowskiej ma pojawić się na półkach księgarskich dziś lub jutro. Moje opinie o tych książkach najpewniej będziecie mogli poznać w sierpniu.

Tymczasem pochwalcie się, czy Wam udaje się czytać w wakacje więcej, niż w ciągu roku szkolnego? Jaki jest Wasz lipcowy czytelniczy wynik i jakie szczególne dzieła trafiły w Wasze ręce w tym miesiącu? Napiszcie też jak mijają Wam wakacje. Zwiedziliście jakieś ciekawe miejsca? Będziecie jeszcze gdzieś wyjeżdżać? A może spędzicie resztę wakacyjnego czasu w domu? Co wówczas planujecie robić? 

środa, 16 sierpnia 2017

"Dziewczyna z Brooklynu" Guillaume Musso - moje pierwsze spotkanie z autorem

Kiedy zobaczyłam w nowościach wydawniczych książkę Guillaume Musso, bestsellerowego autora, o którego powieściach słyszałam bardzo dużo dobrego – bez dłuższego zastanawiania się postanowiłam po nią sięgnąć. Książka trafiła w moje ręce z wydawnictwa


za sprawą jak zawsze niezawodnej pani Katarzyny (Pani Kasiu! Serdecznie dziękuję!)


Opis książki (pochodzący z okładki fragment)

"Doskonale pamiętam ten moment: stoimy nad brzegiem morza, patrząc, jak zachodzące słońce rozświetla horyzont. Wtedy Anna zapytała:

'Czy wciąż byś mnie kochał, gdybym zrobiła coś naprawdę złego?'

Co mogłem odpowiedzieć? Anna była kobietą mojego życia. Za trzy tygodnie mieliśmy się pobrać. Oczywiście, że ją kochałam, niezależnie od tego, co zrobiła. Tak przynajmniej myślałem, gdy ona gorączkowo szperała w torebce i wręczała mi zdjęcie, mówiąc:

'Oto, co zrobiłam'

Patrzyłem oszołomiony na jej sekret i wiedziałem, że nasz los odmienił się bezpowrotnie. Zszokowany, odszedłem bez słowa. Kiedy wróciłem, było już za późno – Anna zniknęła.

Od tamtej chwili wciąż jej szukam."

Moje odczucia po lekturze

Czas ostatnio mnie nagli, bo wkrótce spodziewam się odwiedzin kuzynki i jej córeczki (gdy czytacie ten post jesteśmy już razem). Chciałabym jak najlepiej wykorzystać ten okres, dlatego przez dwa tygodnie czasu na czytanie książek będę miała zdecydowanie mniej. Postanowiłam zatem jak najszybciej przeczytać i opisać egzemplarze recenzenckie, które do mnie przybyły. Do czego dążę? Wyobraźcie sobie, iż lektura "Dziewczyny z Brooklynu" zajęła mi jeden dzień. Pierwszy raz w ciągu jednego dnia, niemal jednym haustem, pochłonęłam książkę liczącą 360 stron. Wynik ten związany jest oczywiście z lekkim piórem autora i przyjemnością, jaką dawało mi poznawanie jego opowieści. Książkę czytało mi się tym łatwiej, iż została pięknie wydana, a czcionka jest odpowiedniej wielkości i sprzyja lekturze.
Fabuła spodobała mi się. Wydarzenia, które spotkały główną bohaterkę naprawdę mną wstrząsnęły. Historia książki zaciekawia, nie dłuży się. Pisarz co chwilę odkrywa przed nami kolejne karty związane z postawioną przez niego zagadką oraz nowe fakty dotyczące bohaterów. Postacie są ciekawie skonstruowane. Mają swoje zalety, wady i tajemnice, których nie odkrywają nawet przed najbliższymi. Dopiero lektura opowieści pozwala nam na wejrzenie w najgłębsze zakamarki ich przeszłości, serc i dusz. Zaskoczenia, jakie zaserwował pisarz niejednokrotnie powodowały, iż szeroko otwierałam usta lub wbrew mej woli wydobywały się z nich słowa: "O ja!", "Ja pierniczę!" a także niestety mniej cenzuralne.
Często zdarza mi się, iż czytając kryminał (bo w moim odczuciu to taka książka obyczajowa z wątkiem kryminalnym) mam problem z zapamiętaniem postaci i ich nazwisk. Muszę sporządzać notatki, by wiedzieć kto jest kim i co zrobił. Tutaj nie miałam takiego problemu, mimo iż obcojęzyczne nazwiska naprawdę nijak mi się nie kojarzyły. Guillaume Musso pisząc o poszczególnych postaciach robi to w taki sposób, iż nie mamy najmniejszej wątpliwości o kim w danej chwili jest mowa.
Pisarz doskonale łączy fikcję z rzeczywistością. Mam dreszcze kiedy pomyślę o tym, iż podobne do opisanej w "Dziewczynie z Brooklynu" sytuacje zdarzają się w świecie realnym.
Jednak muszę to napisać! Przygotujcie się na niewielki spojler dotyczący treści książki!

UWAGA! SPOJLER! NIE CHCESZ! NIE CZYTAJ!

Autor porusza problem kobiet (a w zasadzie nastolatek) więzionych, bitych i gwałconych przez swoich oprawców. Więzionych przez baaardzo długi czas.

KONIEC SPOJLEROWANIA ;)

Spodobało mi się, iż każdy rozdział poprzedzony jest cytatem pochodzącym od wybitnych pisarzy tj.: Victor Hugo, Stephen King, Haruki Murakami, czy filozofa Protagorasa. Guillaume Musso wspomina o wielu istotnych miejscach w Nowym Jorku i Francji, wydarzeniach (tj. historie prezydentów, zamachy terrorystyczne), pisarzach (Donna Tartt, Richard Powers, Stieg Larsson, Toni Morrison), wybitnych postaciach w historii kina (bracia Coen, Michael Haneke, Krzysztof Kieślowski, bracia Dardenne) i filmach ("Titanic", "Biała wstążka", "Podwójne życie Weroniki", "Pocahontas, "Król lew", "Biała wstążka") – co osobiście bardzo cenię w czytanych pozycjach.
"Dziewczyna z Brooklynu" to ciekawa, wciągająca fabularnie, niejednokrotnie zaskakująca, z interesująco skonstruowanymi postaciami powieść, którą czyta się bardzo szybko. Nie nazwałabym jej thrillerem, jak opisano ją na okładce, gdyż nie powodowała we mnie uczucia niepewności, przerażenia, nie wywoływała gęsiej skórki. Nie odczuwałam napięcia, czekając z zapartym tchem na to, co wydarzy się za chwilę. Po zakończeniu lektury nie mam wrażenia jakoby książka ta była wyjątkową pozycją, jednak czytając ją przez niemal cały czas byłam zaciekawiona treścią, opisane wydarzenia obserwując jakby "z boku" i miło spędziłam przy niej czas! Prawdopodbnie (jeśli tylko starczy mi życia ;) ) w przyszłości jeszcze sięgnę po Musso, dlatego polecam Wam ten ciekawy, lekki w lekturze kryminał.


A Wy czytaliście już jakieś książki Guillaume Musso? Co możecie o nich powiedzieć? A jeśli jeszcze po nie nie sięgaliście – czy macie je w planach?  

niedziela, 13 sierpnia 2017

Czy po lekturze "We wspólnym rytmie" nadal kocham Jojo Moyes? ;)

Do tej pory przeczytałam dwie książki Jojo Moyes. Były to: pozycja znana pewnie większości z Was (przynajmniej ze słyszenia) pt. "Zanim się pojawiłeś" (moja opinia), która skradła moje serce i uznałam ją za jedną z najlepszych przeczytanych przeze mnie w 2016 roku książek (oto wpisoraz "Dziewczyna, którą kochałeś" (moje wrażenia), zupełnie odmienna od poprzedniej, a jednak i ona całkowicie mnie uwiodła. Gdy dowiedziałam się, że w lipcu będzie premiera książki "We wspólnym rytmie" od razu napisałam do wydawnictwa


z prośbą o jej egzemplarz recenzencki.

Mała prywata!
Pani Paulo! Jeszcze raz pięknie dziękuję za książkę! <3 <3 <3
Koniec prywaty! ;)


Opis książki (z okładki)

„Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, których potem żałowała. Gdy człowiek traci kogoś bliskiego, nie zawsze zachowuje się rozsądnie. Kiedy Natasha decyduje się pomóc spotkanej w podejrzanych okolicznościach Sarze, nie przypuszcza, że ta 'dziewczyna znikąd' odkryje przed nią życie na nowo.
Co się stanie, gdy Natasha zaryzykuje wszystko dla dziewczynki, której nawet nie zna i nie rozumie? Czego można się nauczyć od osoby, która kocha bardziej konie niż ludzi?”

Moja opinia

Powiem to od razu, bez zbędnego kręcenia! Właśnie skończyłam czytać "We wspólnym rytmie" i jestem zachwycona tą książką. Niewiele jest autorek, które trafiają do czytelników z każdą jedną pozycją, a jednak Jojo zachwyca mnie za każdym razem. Teraz boję się sięgnąć po czekającą na lekturę "Kiedy odszedłeś". Obawiam się, iż mogłaby ona nie doścignąć fenomenu trzech poznanych przeze mnie powieści i że moje zauroczenie pisarstwem Jojo – mogłoby zostać choćby naruszone, a jednocześnie chciałabym pobyć z pisarką dłużej i pochłonąć tę powieść od razu.
Jestem zachwycona lekkością pióra autorki. Moc opisów (za którymi zwykle nie przepadam) znajdujących się w książce "We wspólnym rytmie" nie sprawiała, bym czuła się znużona, zmęczona, bym uważała je za zbędne, a wręcz przeciwnie – sprawiała, iż chłonęłam historię całą sobą, niemal każdym zmysłem. Dokładnie wyobrażałam sobie kreowane przez pisarkę obrazy. Widziałam pełnię tworzonych przez nią sytuacji, postaci, barw...
Zakończenie historii, którą przedstawia powieść początkowo wydaje się przewidywalne. Po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron możemy domyślać się jej zakończenia, a tymczasem bohaterowie postępują w tak dziwny, nieoczekiwany sposób, iż bieg historii zmienia się diametralnie. Po pewnym czasie, kiedy już wydaje się nam, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i spotka nas piękne zakończenie, Jojo po raz kolejny zaskakuje nas nieprzewidzianymi zdarzeniami. Ogromnie przypadła mi do gustu ta swoista gra pisarki z czytelnikiem.


Stworzeni przez Jojo bohaterowie posiadają zalety i wady. Są osobami nieidealnymi, popełniającymi błędy, co czasem może nawet czytelnika irytować, a jednocześnie są oni tak bardzo prawdziwi. W trakcie lektury zżywamy się z nimi i nabieramy chęci, by w ogóle się nie rozstawać. Żałujemy, że to nie rzeczywiste postacie, a jedynie wytwór wyobraźni autorki.
Treść książki przedstawia piękną miłość człowieka do zwierzęcia (i na odwrót). 14-letnia Sarah i jej koń Boo są sobie bezgranicznie oddani. Można by rzec, że po tym, jak dziadek dziewczynki zachorował Boo staje się jej jedynym sensem istnienia. Czternastolatka na czas choroby dziadka umieszczana w kolejnych rodzinach zastępczych ukrywa przed dorosłymi swoje problemy, uczucia, a Boo staje się jej jedynym powiernikiem i tylko czas z nim spędzony potrafi oderwać dziewczynkę od trudnej rzeczywistości. Sarah jest nieufna, zataja swoje problemy przed osobami, które mogłyby jej pomóc, ale trudno dziwić się takiemu zachowaniu zagubionego dziecka. Poplątane losy nie są jednak wyłącznie domeną dziewczynki. Natasha i Mac właśnie się rozstają, oboje mają już nowych partnerów i dążą do ułożenia sobie życia. Mimo to relacje między nimi są napięte, a sprawy o których powinni porozmawiać już dawno z powodu wzajemnych żali i tworzonych przez nich niedopowiedzeń wciąż pozostają niewyjaśnione.
W książce spotykamy wielu negatywnych, ale i pozytywnych bohaterów. Osobiście ogromnie polubiłam Kowboja Johna, a jego wypowiedzi niejednokrotnie wywoływały u mnie śmiech.

"Gdy wyjechali z tunelu, wieczorne niebo już ciemniało, a Mac całkiem podupadł na duchu, stwierdziwszy, że korki po drugiej stronie w ogóle się nie zmniejszyły. Włączył prawy kierunkowskaz, sygnalizując, że skręca na dwupasmówkę.
-John uważa, że koń będzie musiał dużo wcześniej odpocząć.
Natasha odkaszlnęła aluzyjnie, po czym opuściła szybę. Pociągnęła nosem i odwróciła się w fotelu. Zapadła złowieszcza cisza.
-Czy to jest to, co mi się wydaje? - zapytała
-A skąd mam wiedzieć? - mruknął John. - Nie siedzę w twojej głowie.
-Czy to jest... trawa?
Ostrożnie wyjął skręta z ust i obejrzał go dokładnie.
-Mam nadzieję, biorąc pod uwagę, ile zapłaciłem.
-Nie możesz tego palić w samochodzie. Mac, powiedz mu.
-No przecież nie wysiądę, żeby zapalić, no nie, paniusiu?"

Pisarka przeprowadziła dokładny research do książki. Widać jej ogromną wiedzę na temat francuskiej szkoły jeździeckiej Le Cadre Noir (do której wielokrotnie odwołuje się w książce) oraz tanecznych i cyrkowych figur wykonywanych przez konie. Podobało mi się, gdy Papa (dziadek Sarah) używał francuskich zwrotów, tłumaczonych czytelnikowi w przypisach. Zaciekawiła mnie również opowieść dotycząca miłości dziadka i babci czternastolatki, albowiem miłość ta tylko z pozoru wydawała się pełna radości i nieskomplikowana.
Książka wywołała we mnie lawinę przeróżnych uczuć. Podczas lektury czułam naprzemiennie: ciekawość, smutek, żal, zaskoczenie, gniew, złość, radość, wzruszenie. Zdarzało się, iż uśmiechałam się, a kilka razy nawet wybuchnęłam śmiechem. Przez większą część powieści jednak towarzyszyły mi zaskoczenia i smutek. Pod koniec łzy płynęły po moich policzkach, a ja nie mogłam (i nie chciałam) ich powstrzymywać. I to było piękne! W tym momencie (jak również po zakończeniu lektury) czułam, że Jojo Moyes jest fenomenalną pisarką, doskonale współgrającą z moim poczuciem piękna. To najlepsza pisarka jaką znam. Każda jej książka (z tych, które przeczytałam dotychczas) różni się treścią, sposobem podejścia do tematu. Fabuła każdej z nich jest doskonale przedstawiona i poprowadzona. Nie wiem, czy jakikolwiek autor będzie w stanie ją przebić i mam nadzieję, że podczas lektury kolejnych jej książek – będę zafascynowana równie mocno, jak teraz.



A Wy czytaliście już książki Jojo Moyes? Zrobiły na Was tak wielkie wrażenie jak na mnie? Napiszcie też, jaki autor jest tym Waszym NAJ... :))  

sobota, 12 sierpnia 2017

Nowe wyzwanie czytelnicze u ejotka

Kochani!
Na blogu u ejotka nowe kapitalne wyzwanie czytelnicze pt. "Zatytułuj się".


Polega ono na tym, by czytać książki zaczynające się na litery naszego imienia i nazwiska, zgodnie z przykładem.

E - "Epidemia"
W - "Wędrowne ptaki"
E - "Emmanuelle"
L - "Lirogon"
I - "I nie było już nikogo..."
N - "Nakarmię cię miłością"
A - "Anatomia uczuć"

Na realizację zadania mamy czas do 30.06.2018 r., tyle że zgłaszać do niego możemy się do 15 sierpnia (a myślałam, że do 30-go i dlatego tak późno ten wpis). Zostało niewiele czasu. Ja biorę udział. A Wy? Zdecydujecie się? Jeśli jesteście zainteresowani zapraszam tutaj.  

piątek, 11 sierpnia 2017

Najlepsze premiery sierpnia - część 2

Witajcie w drugiej odsłonie najlepszych premier książkowych, czyli wybranych przeze mnie pozycji, które pojawić mają się na rynku wydawniczym w sierpniu. Pokazałam Wam już książki, które miały znaleźć się w księgarniach 2.08. (zapraszam tutaj). Teraz przyszła kolej na te, które mają wypełnić półki księgarskie przed końcem tego miesiąca.

Zdaję sobie sprawę z faktu, iż nie czytałam jeszcze pierwszej książki Anny Karpińskiej z cyklu "Księgarnia pod Flisakiem", ale okładki i opisy tej serii sprawiają, iż mam ogromną ochotę po nie sięgnąć. Zatem... powiadam i Wam... 8.08. za sprawą wydawnictwa Prószyński i S-ka pojawić miała się na rynku księgarskim pozycja "Zostań ze mną".


"Długo wyczekiwana kontynuacja historii, której nie sposób zapomnieć…
Matka i jej niemal czterdzieści lat temu oddana do adopcji córka zaczynają się do siebie zbliżać. Ale w życiu nic nie jest proste. Droga do pojednania, zrozumienia i wybaczenia okazuje się wyboista, tym bardziej że każda z kobiet, tak bliskich i tak dalekich sobie jednocześnie, boryka się z własnymi problemami.
Bożena jest poważnie chora i uwikłana w skomplikowane relacje z adopcyjną córką. Dagmara stara się utrzymać przejętą w spadku księgarnię i posklejać życie rodzinne, przeżywając jednocześnie uczuciowe wzloty i upadki.
Czy uda im się odnaleźć drogę do siebie? Ile zależy od losu, a ile od nas samych?, pyta autorka, prowadząc czytelnika krętą drogą ludzkich uczuć i charakterów.
Zostań ze mną to powieść nie tylko o Bożenie i Dagmarze, ale i o ich rodzinach i przyjaciołach. Czy wystarczą dobre chęci, żeby posadzić wszystkich przy wspólnym stole? Może jednak los nie okaże się łaskawy?"

17.08 dzięki wydawnictwu Videograf w księgarniach znaleźć ma się książka Małgorzaty Falkowskiej pt. "Poszukiwani, poszukiwany". Nie mogę się jej doczekać, albowiem Małgosia swoimi książkami zawsze potrafi wprowadzić mnie w doskonały nastrój.


"Do czego zdolna jest kobieta, aby zajść w ciążę? W zasadzie dwie kobiety… Po przygodach Berki i jej noworocznym postanowieniu: Mąż potrzebny na już oraz magicznej odmianie egocentrycznej Zosi z Gorzej być (nie) może nadszedł czas na nie… Jola i Monika postanawiają założyć rodzinę. A czym byłaby rodzina bez dziecka, dokładniej dzieci? Partnerki za namową przyjaciółek wpadają na coraz dziwniejsze pomysły, prowadzące do zajścia w ciążę, które – jak na nie przystało – kończą się absolutnym fiaskiem. Jednak ciąża to nie wszystko, kiedy pojawiają się coraz to nowe problemy, z którymi trzeba się zmierzyć. Jak sobie poradzą przyjaciółki w trudnych dla nich chwilach? Czy ich starania będą wystarczające, aby spełnić marzenie o szczęśliwej rodzinie?"

W tym miesiącu w moich wyborach czytelniczych dominują książki obyczajowe. Dla odmiany kolejny tytuł, po który chętnie bym sięgnęła należy do kategorii fantastyka, a mowa tu o książce "Zaklinacz ognia" Cindy Williams Chima, stanowiącej pierwszą część cyklu "Starcie królestw". Pozycja ta ma zostać wydana 17.08 przez wydawnictwo Otwarte.


"Trwa wojna między królestwami Arden i Fellsmarch. Władca Ardenu Gerard nie cofnie się przed niczym, żeby zapanować nad całym kontynentem – nawet przed zniewoleniem czarodziejów. Na jego drodze staje jednak dwoje ludzi, których uczucia zranił za bardzo.
Adrian, syn Wielkiego Maga i królowej Fellsmarchu, marzy o tym, by zostać magicznym uzdrowicielem. Gdy jego ojciec ginie w zasadzce wroga, poprzysięga zemstę i doskonali znajomość trucizn. Jenna ma na karku tajemnicze znamię, a jej serce bije w rytm płomieni. Przez lata zmuszana była do pracy w kopalniach miasta Delphi. Przyłącza się do walki, gdy żołnierze Ardenu zabijają jej przyjaciół.
Wspólny cel splata losy Adriana i Jenny na ardeńskim dworze. Aby pokonać Gerarda, będą musieli odnaleźć się w świecie, gdzie nie ma prostego podziału na dobrych i złych, wśród ryzykownych sojuszy i pałacowych intryg. Równie niebezpieczna okaże się prawda o ich przeznaczeniu..."

Tego samego dnia (17.08) dzięki Galerii Książki na rynku pojawić ma się "Percy Jackson. Książka do kolorowania" z pięknymi ilustracjami wykonanymi przez Keith Robinson. "Złodziej pioruna" już za mną, więc jeśli trafi się okazja z ogromną przyjemnością sięgnę po to cudeńko.


"Niezależnie od tego, czy jesteś fanem Percy’ego Jacksona, interesujesz się grecką mitologią czy też szukasz relaksującej rozrywki, dzięki swoim zdolnościom artystycznym możesz dodać życia herosom, bogom i potworom. W tej książce znajdziesz ponad sto obrazków do kolorowania. Ubarw świat syna Posejdona wędrującego z Manhattanu do Obozu Herosów, z Podziemia na górę Olimp. A po drodze przeżyj jeszcze raz przygody opisane w Złodzieju pioruna, wykańczając portrety ulubionych bohaterów, ubarwiając dramatyczne sceny, ozdabiając domki i poznając tajemnicze symbole i wzory. Spisz się dobrze, ponieważ obserwować cię będą sami Olimpijczycy!"

Lubię czasem poczytać klasykę i choć jeszcze nie poznałam żadnej książki Charlotte Bronte to gdy zobaczyłam, iż kolejna jej pozycja została przetłumaczona na język polski – naturalnie zwróciłam na nią uwagę. Zawierająca autobiograficzne wątki powieść Charlotte Bronte pt. "Vilette" ma się ukazać w księgarniach 30.08 za sprawą Wydawnictwa MG.


"Lucy Snow – młoda Angielka, która w wyniku nieszczęśliwych wydarzeń straciła wszystko: rodzinę, dach nad głową, serdecznych opiekunów i jakiekolwiek zasoby materialne, pod wpływem impulsu decyduje się na desperacki krok i wsiada na statek, który zabiera ją do Francji. Szukając pracy trafia do miasta Villette, gdzie rzeczywiście los się do niej uśmiecha, jakby to sama opatrzność zaprowadziła ją w to miejsce. Lucy otrzymuje pracę na pensji dla dziewcząt prowadzonej przez Madame Beck.
Lucy stara się nie oczekiwać od losu niczego poza spokojną egzystencją, to w obecnej chwili wydaje jej się spełnieniem marzeń. Ale życie wokół nie jest bynajmniej spokojne. Mimowolnie zostaje wplątana w wiele tajemniczych zdarzeń, a jej serce powoli zaczyna się otwierać…
Brontë oparła tę powieść na wątkach autobiograficznych. Pod nazwą Villette kryje się Bruksela, gdzie w latach 40. XIX w. przyszła pisarka przeżywała zakazaną miłość do żonatego mężczyzny, profesora Constantina Hégera."

Ostatnią książką o jakiej dziś wspomnę jest tytuł ogromnie lubianej i cenionej przeze mnie pisarki – Krystyny Mirek, po której książki śmiało mogę sięgać i polecać je innym "w ciemno". Mowa tu o pozycji "Słodkie życie", która ma być wydana 30.08 przez wydawnictwo Filia.


"Kornelia Rudzka wreszcie opuszcza dom rodzinny. Nie jest to łatwe, jeśli spędziło się w nim prawie 30 lat. Kornelia nie wierzy w siebie, wyprowadzka to dla niej trudny krok. Na szczęście dziewczyna ma kilka pięknych marzeń, które dodają jej skrzydeł. Przed nią wielkie wyzwania, kilka trudnych decyzji i walka z własnymi słabościami. Dziewczyna spotyka na swojej drodze życzliwe osoby, dzięki którym to, co wydaje się trudne, staje się możliwe. Okazuje się, że wystarczy otworzyć serce na świat i ludzi wokół, aby wypełnić dojmującą pustkę i poczuć się mniej samotnym.
Tak właśnie wygląda życie. Wszyscy musimy przedrzeć się przez gąszcz życiowych wyborów, by kiedyś wreszcie, w jednej chwili, poczuć słodki smak życia…"

Jak podobają Wam się moje wybory? Upatrzyliście jakieś smaczki dla siebie? A może napiszecie mi, jaką pozycję godną przeczytania – ominęłam w swoim zestawieniu? 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wyniki konkursu z książką Anny Sakowicz "Żółta tabletka plus"

Tak, wiem, Kochani... konkurs z "Żółtą tabletką plus" Anny Sakowicz dawno już skończony, a jego wyników ani widu, ani słychu. Zatem bez zbędnego przedłużania...


Szanowna komisja w składzie:
  1. Weronika – 9 lat
  2. Kasia – 13 lat
  3. Natalia – 17 lat
  4. Dominika – 19 lat
  5. z pomocą 3-letniej Wiktorii ;)
zwycięzcą na blogu uczyniła panią...

                                          ... Ewelinę Olęder,

której odpowiedź spodobała się nam wszystkim i muszę ją tu przytoczyć. :)

"Dzieciństwo jest świetne. Moja mama opowiadała mi ostatnio co moja siostra w wieku 5 lat odwaliła w kościele. Siedzi sobie grzecznie.
Nagle nadchodzi ten moment kiedy ksiądz wyciera kielich po komunii... a ta centralnie wstała i na cały głos:
- No dalej myj te gary bo ja chcę już do domu na obiad!"

Zgodnie ze słowem, które się rzekło, zwycięstwem na facebooku Szanowna Komisja uraczyła Pana...

                                     ... Włodzimierza Piaseckiego

Początkowo dziewczynki stwierdziły, iż na facebooku nie ma nic śmiesznego, ale w pewnym momencie wpadły w tzw. "głupawkę" (w zgodzie z książką Ani Sakowicz) i zaczęły się śmiać mówiąc, że pan Włodzimierz postawił zabawną "kropkę nienawiści".

Rysunek zaczerpnęłam z internetu

Młodzież zdecydowała! ;D 
Zwycięzcom ogromnie gratuluję! Czekam na adresy na które mam wysłać nagrody tutaj:

(w temacie maila wpiszcie tytuł "Zwycięzca w konkursie") lub w wiadomości prywatnej na facebooku.

Wszystkim uczestnikom bardzo dziękuję za udział w konkursie i zapraszam na kolejny, który już niebawem ogłoszę. 

niedziela, 6 sierpnia 2017

"Między niebem a Lou" Lorraine Fouchet - to nie jest zwykła obyczajówka.

Kiedy Iwona Banach – wspaniała pisarka, felietonistka udzielająca swego talentu magazynowi "Życie i pasje", tłumaczka, czytelniczka i recenzentka powiedziała "Edyta, przeczytaj Między niebem a Lou" zawahałam się. Miałam już sporo zaległych lektur, goniły mnie terminy, a ja wyjeżdżałam na wakacje do rodzinki, której nie widziałam od roku. Mimo wszystko jednak zdecydowałam się sięgnąć po tę pozycję ze względu na osobę polecającą, jednocześnie będącą tłumaczką książki. Dodatkowe szczęście miałam, gdyż dzięki Pani Elizie z wydawnictwa


powieść trafiła w moje ręce. Co z tego wyniknęło?


Opis książki (pochodzący z okładki)

"Szczęśliwe życie małżonków na francuskiej wyspie Groix przerywa niespodziewana śmierć Lou. Jej pogrążony w rozpaczy mąż, emerytowany lekarz, musi uporać się ze stratą, ale i ze zwykłym życiem. Paradoksalnie pomocą jest list pozostawiony u notariusza, w którym Lou wyznacza mu zadanie dotyczące ich dzieci. Joseph, zwany Jo, stopniowo odkrywa, że nigdy nie jest za późno na zainteresowanie bliskimi, a wszystkie problemy mogą być rozwiązane dzięki sile rodzinnej miłości.

Między niebem a Lou to mocno zanurzona w kulturze celtyckiej, bretońskiej i francuskiej opowieść obyczajowa z miłością w tle, miłością w każdej postaci – od rodzicielskiej po małżeńską, od zdradzonej po odnalezioną, od miłości jako pasji po miłość jako patriotyzm nie tylko lokalny – a do tego przepełniona ogromną wiarą w lojalność, uczciwość i przyjaźń."

Moje wrażenia

Rzadko bywa tak, iż opis swoich wrażeń zaczynam od opisu wydania książki. Tym razem jednak muszę to zrobić. Okładka "Między niebem a Lou" pozornie się nie wyróżnia, jednak po przeczytaniu jej treści stwierdzam, iż oprawa ta nie mogła być piękniejsza. Żadna inna nie mogłaby przedstawić tak trafnie zawartości dzieła, bo w moim odczuciu książka Lorraine Fouchet jest DZIEŁEM. Wróćmy jednak do okładki. Oprócz autora i tytułu napisanych po lewej stronie okładki po jej prawej stronie zobaczyć możemy stolik, a na nim butelkę szampana z urwaną częściowo nazwą, ograniczającą się do liter "Merci" i obrazem nadmorskiej plaży oraz dwóch postaci drepczących po wodzie.
Czcionka zastosowana w książce sprzyja czytaniu, rozdziały (wskazujące kolejne daty od śmierci Lou) są krótkie. Ich treść zaciekawia zachęcając do dalszej lektury i sprawiając, iż powieść czyta się bardzo szybko. Ja pochłonęłam ją w ciągu dwóch dni. Nie liczył się stos zaległych pozycji, ani nic innego. Każdą wolną chwilę spędzałam przy książce. Siedziałam na podwórku, ciesząc się słońcem, pobytem w ogrodzie, chłonąc książkę strona po stronie i przeżywając losy bohaterów.
Za sprawą Lorraine Fouchet znajdujemy się na niewielkiej francuskiej wyspie Groix. Poznajemy rodzinę Josepha i Lou – ich dorosłe już dzieci i dwie wnuczki. Lou po swojej śmierci w testamencie wyznacza mężowi do wykonania niełatwe zadanie.

"Proszę cię, abyś zadbał o szczęście naszych dzieci, którymi nigdy się nie zajmowałeś. Byłeś cudownym kochankiem, wspaniałym mężem i nieobecnym ojcem. Twój dziadek i ojciec wyruszali na dalekomorskie połowy, ty powtórzyłeś ten model. Twoi przodkowie byli na morzu, ty miałeś dyżury w szpitalu. Każde z naszych dzieci odniosło sukces zawodowy, ale nie są szczęśliwe. (...) Cyrian jest mężem i ojcem, Sarah jest wolna, ale skacze z kwiatka na kwiatek. Oboje nie wiedzą nic o miłości. Przywracałeś do życia pacjentów z płaskim elektrokardiogramem. Proszę cię, byś przywrócił uśmiech tym dwojgu młodym, dorosłym ludziom, którzy noszą twoje nazwisko."

Zadanie jest ze wszech miar trudne, zwłaszcza, że dotąd to właśnie Lou dbała o poprawne relacje w rodzinie. Cyrian ma córkę – 10-letnią Pomme, która wraz z mamą mieszka na wyspie, a sam wyjechał z Groix i związał swoje życie z Albane, z którą z kolei ma 9-letnią córke Charlotte. Ojciec nie rozumie postępowania swojego syna. Sarah przechodzi chorobę neurogenną. Po przeżytym zawodzie miłosnym nie związała się z nikim na poważnie. Twierdzi, że żaden mężczyzna niegodny jest, aby obdarzyć go zaufaniem i ma zasadę, aby nie spotykać się z żadnym więcej niż dwa razy. Czy Jo zdoła scalić rodzinę, gdy ta wydaje się zupełnie rozpadać? Czy nie rozumiejąc postępowania swojego syna sprawi, aby ten pozostał z nim w kontakcie, zwłaszcza, gdy Lou zrobi mu dowcip i zechce utrudnić zadanie? Co wymyśli Joseph, aby spełnić ostatnie życzenie małżonki? Czego nowego dowie się o swoich dorosłych dzieciach?
Ogromnie przypadł mi do gustu fakt, iż narracja prowadzona jest naprzemiennie. Poznajemy uczucia i wydarzenia dotyczące niemal wszystkich członków rodziny. Wypowiadają się Jo, Pomme, Cyrian, Charlotte, Albanne, tajemniczy Thierry (który zdobył moje serce), a także nieżyjącą Lou, przemawiająca z miejsca "gdzie idzie się potem". Naprzemienna narracja pokazuje nam, jak różnorodnie postrzegamy te same wydarzenia, te same osoby. Jak łatwo przychodzi oceniać nam innych, podczas gdy tak naprawdę nie powinniśmy tego robić nie znając ich historii, nie przeżywając tego co one.
Duże wrażenie wywarła na mnie sytuacja dwóch dziewczynek, córek jednego ojca. Pomme mieszka z mamą i dziadkami na wyspie Groix, a swego tatę widuje od święta. Charlotte żyje z obojgiem rodziców i pozornie ojca ma na co dzień. Rozbroiła mnie ogromna szczerość tych dziewczynek i ich ocena sytuacji. Koniecznie zwróćcie uwagę na ten wątek, jeśli chcecie poznać uczucia dzieci dotyczące kontaktu z opiekunami. Zwykle kwestie te umykają naszej uwadze, a stanowią przecież istotę naszego (jako rodziców) i ich (dzieci) teraźniejszego i przyszłego życia. Dwie małe kobietki potrafią wskazać na to, co tak naprawdę jest w życiu ważne dużo wyraźniej niż wciąż kamuflujący swe uczucia, zagubieni w życiu dorośli.


"Między niebem a Lou" to przepiękna opowieść, która wzbudziła we mnie moc przeróżnych emocji i dostarczyła mnóstwa niezapomnianych wrażeń. Początkowo książka wywoływała u mnie smutek i melancholię, z czasem zdarzało mi się uśmiechnąć, czy roześmiać w głos, bym ostatecznie mogła poczuć płynącą z niej nadzieję. Pozornie książka toczy się w spokojnym rytmie, a jednak niejednokrotnie zaskakuje nas swą nieprzewidywalnością. W pewnym momencie napięcie sięga zenitu. Dochodziło do tego, iż podczas czytania z oczu leciały mi łzy, brakowało tchu, a ja nie mogłam odłożyć lektury, aby się uspokoić, bo natychmiast pragnęłam dowiedzieć się, co wydarzy się dalej.
Za sprawą Lorraine Fouchet wybieramy się do Paryża i na krótką wyprawę do Rzymu. Spotykamy wielkie osobowości istotne w historii kina, tj. Federico Fellini, Anita Ekberg, Sophia Loren, Claudia Cardinale, Gina Lollobrigida, Giulietta Masina, Anthony Quinn, Marcello Mastoriani, czy Vittorio Gassman. Kino rodzinne na wyspie Groix przypomina "Cinema Paradiso" z filmu Giuseppe Tornatore. "Słuchamy" muzyki mistrzów: Jana Sebastiana Bacha, Wolfganga Amadeusa Mozarta, Serge Reggiani, Davida Bowie i innych wspaniałych artystów. W moim odczuciu są to dodatkowe atuty książki.
Doskonałość tej pozycji wspaniale została ujęta w drugiej części jej opisu z okładki, który zacytowałam powyżej. Zgadzam się z każdym słowem tam zawartym.
Ogromnie ujęły mnie opisy, w których Joe mówił o swej miłości do Lou. Mimo, że "stara" baba ze mnie – czytając je wzruszałam się niesamowicie.

"Na wyspie nie mamy domu pogrzebowego, brakuje klienteli, kondukt obchodzi więc kościół, aby na piechotę przejść na cmentarz. Codziennie tędy chodzę, ale dziś wyjątkowo nie zatrzymuję się na kawę w 'Triskell' i nie mam ze sobą żadnej gazety. Mam za to roztrzaskane serce i rozdartą duszę."

"Zawsze mnie dziwi, kiedy ludzie zapytani w jakimś wywiadzie o najpiękniejszy dzień ich życia, mówią: 'Dzień narodzin moich dzieci'. Mój to ten, kiedy po raz pierwszy się do mnie uśmiechnęłaś."

"Bez niej nikt by mnie nie kochał i nienawidziłbym wszystkich ludzi. Nazwałbym mojego psa Imbecyl i ludzie odwracaliby się na ulicy, kiedy bym go wołał: 'Imbecyl! Nie, nie chodzi o pana, wołałem psa'."

Książka zawiera wiele cudownych przemyśleń i każdy znajdzie w niej dla siebie coś godnego uwagi, zależnie od przeżytych doświadczeń. To jedna z najlepszych powieści jakie przeczytałam w tym roku i z pewnością powrócę do niej jeszcze niejednokrotnie. Mam tylko jedną wątpliwość. Obawiam się, iż w tej opinii mogłam nie przekazać fenomenu tej książki. To jest lektura naprawdę godna uwagi i będę ją polecała z całego serca, kiedy tylko nadarzy się taka okazja.
Iwonko! Miałaś całkowitą rację! :))


Jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki – koniecznie po nią sięgnijcie. I napiszcie mi – jaka pozycja spośród przeczytanych przez Was w tym roku pretenduje do tytułu najlepszej książki. :)