środa, 15 listopada 2017

Wspaniała paczuszka. Chwalę się. A co! ;)

Kilka dni temu na fanpage'u Mamuśkowe Czytanie napisałam:
"Marzy mi się 'Pudełko z marzeniami' Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego, bo lepszego pisarskiego duetu nie mogę sobie wyobrazić. Tymczasem takie cudeńko dostałam od Alka. Dziękuję z całego ."




Alek Rogoziński to autor, którego pierwszą książkę wygrałam w konkursie na profilu Książka zamiast kwiatka i sam, debiutujący wówczas, twórca wybierał zwycięzców. Do dnia dzisiejszego pamiętam ten konkurs. To jedyny pisarz o którego książce opinię napisałam w formie listu i miałam ogromną przyjemność podczas jej tworzenia. Nie musiałam zastanawiać się, co pisać o "Ukochanym z piekła rodem" (moja opiniasłowa z mego umysłu niemalże spływały za pomocą rąk na klawiaturę komputera. To również jedyny autor w którego spotkaniu autorskim uczestniczyłam (a to dzięki mojemu kochanemu mężowi,  który zauważył jak lubię te publikacje).
Aleksander wydał już 5 książek, a ja wytrwale śledzę każdą jego premierę. Uśmiech nie schodzi mi z gęby, gdy trafia do mnie kolejna książka o szczególnej wartości, bo uzupełniona o autograf pisarza.

Na twórczość Magdaleny Witkiewicz nie było trudno trafić. Gdy zaczęłam tworzyć bloga, więcej czytać, odwiedzać portale książkowe – dość szybko dowiedziałam się o pisarce. Zanim jednak sięgnęłam po jej powieści minęło trochę czasu. Dokładnie rok temu w listopadzie na blogu pojawiła się moja pierwsza recenzja jej książki. Była to pozycja "Szkoła żon" (moja opinia). Książkę czytało mi się lekko i przyjemnie. Podczas lektury całkowicie oderwałam się od trosk dnia codziennego. Przepadłam w przedstawionej przez pisarkę historii. Do dnia dzisiejszego przeczytałam 5 książek Magdaleny Witkiewicz i czas spędzony przy każdej z nich mijał mi bardzo miło i... za szybko. Moje serce całkowicie zdobyła jedna z nowszych pozycji – "Czereśnie zawsze muszą być dwie" (moje odczucia). Zanim jednak to serce zdobyła książka w pierwszej kolejności skradła mi je sama autorka. Dzięki obecności w facebookowym Magicznym Miejscu miałam szczęście poznać pisarkę jako fantastyczną, empatyczną, otwartą, wrażliwą i ciepłą osobę. Dodatkowo dzięki Magdalenie niejednokrotnie miałam odczucie zaistnienia magii w moim życiu. :)))

Nie wiem od kiedy dokładnie Alek i Magda tworzą przyjacielski duet, ale uwielbiam oglądać ich wspólnie nagrywane filmiki i zazdroszczę wszystkim, którzy mieli przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim z tą dwójką. Kiedyś i mnie to czeka. ;) Tymczasem chciałam, aby duet ten stworzył wspólną powieść. Gdy to się stało oczywiście zapragnęłam mieć to cudo u siebie! I oto... trzy dni po napisaniu na moim fanpage'u wiadomości z początku tego posta – otrzymałam niesamowitą przesyłkę. Sami zerknijcie...



Po raz kolejny poczułam magię... tym razem magię Świąt. Od dwóch dni cieszę się jak dzieciak. :D



W środku oczywiście znajduje się cudnie zapakowana książeczka. I pierwszy raz mam dylemat. Chciałabym natychmiast zerwać opakowanie i dobrać się do środka paczuszki, a z drugiej strony – nie mam serca niszczyć tak cudownie przygotowanej niespodzianki.
Dziękuję każdemu kto w jakikolwiek sposób przyczynił się do tego, aby to cacuszko trafiło w moje ręce. Magduś – za magię i za ten prezent, bo Ty byłaś chyba główną tego inicjatorką, Alku – za moje miejsce na Twojej specjalnej liście. Przy okazji dziękuję za Waszą twórczość i za to, że jesteście tak otwartymi, serdecznymi osobami. Dziękuję też Pani Kasi (jak się domyślam ;) ) z wydawnictwa Filia, osobie, która tak obłędnie opakowała ten prezent i wszystkim innym, którzy przyczynili się by ten podarunek trafił w moje ręce. Dziękuję z całego  .
Od 4 grudnia czeka mnie kilka niełatwych dni i specjalnie na ten czas planuję zachować lekturę tych dwóch skarbów. Lepsze samopoczucie wówczas mam gwarantowane. Jestem przeszczęśliwa!

Czytaliście już te książeczki? Koniecznie podzielcie się wrażeniami z ich lektury. 

poniedziałek, 13 listopada 2017

"Marzenia Kaliny. Małe tęsknoty" - początek serii książek Anety Krasińskiej

Dziś pragnę podzielić się z Wami wrażeniami po lekturze książki pisarki, której wszystkie tytuły zdążyłam poznać i o wszystkich pisałam na blogu. Wytrwale kibicuję Anecie Krasińskiej w jej karierze autorskiej i byłam ogromnie ciekawa jej najnowszej pozycji, dlatego ogromnie ucieszyłam gdy książka trafiła w moje ręce dzięki Pani Ani z wydawnictwa

.


Opis książki (pochodzący z jej okładki)

"W powieści przeplatają się ze sobą losy trzech bohaterek, które na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego. Są w różnym wieku i z odmiennym bagażem doświadczeń, mają zupełnie inne zainteresowania oraz usposobienie. Tym, co je łączy, jest pragnienie posiadania rodziny, którą utożsamiają ze szczęściem.
Kalina ma cudowną pracę, kochającego męża i własny dach nad głową. Wydawać by się mogło, że nic więcej nie potrzeba młodym ludziom do szczęścia. Nic bardziej mylnego...
Lena to nastolatka poturbowana emocjonalnie przez los, jaki zgotowali jej rodzice. Skrzywdzona przez najbliższych i osamotniona, staje się łatwym celem dla człowieka, który chce wykorzystać jej niewinność...
Elżbieta jest dojrzałą kobietą. W młodości spotkała mężczyznę, który odcisnął piętno na jej życiu. Dramatyczna decyzja dotycząca dziecka wciąż głęboko tkwi w jej podświadomości i nie pozwala normalnie funkcjonować...
Okrutny los drwi z kobiet, a feralny wypadek splata ich historie..."

Moje odczucia

"Marzenia Kaliny. Małe tęsknoty" to historia trzech zupełnie różnych kobiet (w tym jednej dziewczynki) wywodzących się z różnych środowisk, w odmiennym wieku, o innych zainteresowaniach. Kalina jest 32-letnią przedszkolanką i pozostaje w udanym związku małżeńskim z Kamilem. Od 5 lat jednak sen z powiek spędzają jej starania o upragnione dziecko. 50-letnia Elżbieta sprzedaje swoje obrazy oraz wisiorki, breloki i różnorodne amulety przynoszące szczęście. Kobieta w przeszłości przeżyła wielki zawód miłosny i do dnia dzisiejszego nie potrafi się po nim całkowicie pozbierać. Wciąż wspomina i przeżywa swą życiową porażkę. Lena to 13-latka mieszkająca w rodzinie zastępczej. Została odebrana nadużywającej alkoholu matce oraz niewydolnemu wychowawczo ojcu. Jej opiekunowie zastępczy – Halina i Paweł troszczą się o dziewczynkę, jednak zagubionej i nieufnej nastolatce trudno to zauważyć, a tym bardziej docenić. Każda z opisanych kobiet szuka swojego szczęścia w życiu.
Ogromnie spodobała mi się kreacja bohaterek. Aneta Krasińska doskonale oddała w swojej powieści rozterki kobiety pragnącej zajść w ciążę, mającej trudności z poradzeniem sobie z przeszłością oraz dojrzewającej, zagubionej w życiu, samotnej nastolatki. Rozterki tych pań mogą być nam zupełnie obce lub bardzo bliskie, możemy mieć problem ze zrozumieniem ich postępowania lub przeciwnie – rozumieć je całą duszą i odbierać niemal osobiście. Zależne jest to od naszych własnych doświadczeń, sytuacji życiowej, w jakiej się znajdujemy. Trudno jednak czytając książkę nie poczuć do jej bohaterek sympatii. Kalina, Elżbieta i Lena to kobiety takie jak my, odnoszące sukcesy i popełniające błędy, poszukujące swojego miejsca w życiu, dążące do szczęścia. Są dla nas niczym znajome, z którymi witamy się spotykając je na co dzień na ulicy, sąsiadki, czy nawet bliskie przyjaciółki. Podczas czytania wytrwale kibicujemy im w dążeniu do szczęścia.
Książka jest doskonale napisana, czyta się ją bardzo lekko i przyjemnie. Wraz z bohaterkami przeżywamy ich emocje. Świetnie, iż pisarka zdecydowała się opisać w jednej powieści losy aż trzech różnych bohaterek. Dzięki temu z ogromną ciekawością poznajemy kolejne wydarzenia z ich życia, a publikacja nieustannie intryguje nas swą różnorodnością.
Cały czas oczekujemy momentu, w którym losy bohaterek się ze sobą splotą. Uwierzcie mi, gdy nastąpi ten moment otworzycie szeroko usta ze zdumienia i wydobędzie się z nich mimowolne "Ale jak to?!", albo jakieś inne, mniej cenzuralne określenie. ;)
Ogromnie spodobała mi się mnogość wspaniałych myśli zamieszczonych w powieści. Oto ich maleńka próbka:

"... Życie często zdumiewa i to jest jego największą zaletą. (...) Sztuką jest umieć to docenić i czerpać z niego pełnymi garściami, by nigdy nie zazdrościć, że inni mają lepiej."

"...optymizm to największa z zalet człowieka. Ten, kto potrafi go w sobie odnaleźć i przez lata pielęgnować, jest w stanie przenosić góry."

"Jeśli coś ma dla nas wartość, powinniśmy nie bać się o to walczyć."

"Każdy dzień to zmaganie człowieka z przeciwnościami losu. Jego marzenia i rozterki przeplatają się ze sobą, tworząc ciasno splecioną pajęczynę, która sprawia, że chce żyć i wciąż podążać do celu. Czasem jednak pajęczyna zaczyna się rwać, a jej naprawa wymaga niebywałej zręczności i ogromu chęci."

Kiedy skończyłam czytać powieść byłam zszokowana. Nie mogłam uwierzyć, iż pierwszą część serii pisarka zakończyła w taki sposób. Wciąż trudno przyjąć mi to do wiadomości, a jak pomyślę, iż kolejna część "Małych tęsknot" ukaże się w bliżej NIEOKREŚLONYM czasie wprost "kipię" ze złości. Jednocześnie po lekturze mam poczucie, iż to będzie wspaniała seria i nie mogę doczekać się kontynuacji. Z całego serducha polecam!


A jak to jest z Wami? Czytacie początek serii, a później długo wyczekujecie na jej kontynuację? Jak radzicie sobie z oczekiwaniem na kolejne części? A może zaczynacie lekturę dopiero wówczas, gdy cykl jest ukończony? Czytaliście już "Marzenia Kaliny"? A może macie jej lekturę w planach? 

środa, 8 listopada 2017

"Opowieści makabryczne" Stephena Kinga - mistrz horroru, komiks i bojaźliwa mamuśka - to dopiero trio ;)

Dzięki Pani Katarzynie z wydawnictwa


otrzymałam możliwość sięgnięcia po mój pierwszy komiks dla dorosłych. Mało tego! Komiks ten dał mi możliwość zaznajomienia się z kolejną (po "Rolandzie") twórczością Stephena Kinga.



Czym ma zachwycić nas komiks Kinga? - opis pochodzi z okładki książki

"Czarny humor i rewia okruceństwa, w najlepszym stylu nawiązująca do komiksów z lat 50. - to właśnie czeka miłośników horrorów, którzy sięgną po Opowieści makabryczne.
Pięć opowiastek, w których bohaterów spotyka śmierć jak z najgorszych koszmarów. Cóż... każdy z nich zasłużył sobie na to, co go spotkało... Tak przynajmniej twierdzi Upiór, złośliwy narrator, który ma tylko jeden cel – dobrze się bawić.
Powstający z grobu zmarli, meteoryt spadający na Ziemię, potwór ukryty w skrzyni, zemsta zabitych kochanków i... karaluchy. Będzie krwawo, strasznie i zabawnie.
Przygotujcie się na przyjemny dreszczyk grozy!"

Moje wrażenia

Komiks "Opowieści makabryczne" po raz pierwszy został wydany w Stanach Zjednoczonych w 1982 r., a dopiero od niedawna (25.10.2017r.) możemy przeczytać go również w polskim wydaniu. Na podstawie komiksu nakręcony został film w reżyserii George'a A. Romero, ale choć po wydanie papierowe sięgnęłam bardzo chętnie – ekranizacji raczej nie obejrzę. ;)
W książce przedstawionych zostało pięć historii: "Dzień Ojca", "Samotna śmierć Jordy'ego Verrilla", "Skrzynia", "Jak pozostać na fali", "Lubią się podkradać". Jedne z tych opowiastek zaciekawiły mnie bardziej, inne nieco mniej, ale o żadnej z nich nie można powiedzieć że jest nudna albo przewidywalna.
Obawiałam się, iż komiks, ze względu na tematykę, może być przepełniony zbyt drastycznymi, przesadnie "krwawymi" rysunkami. Szczęśliwie moje wątpliwości okazały się nieuzasadnione. Ilustracje, choć niejednokrotnie przedstawiają drastyczne sytuacje, nie są nadmiernie i nienaturalnie makabryczne. Nie zaprzecza to jednak temu, iż zarówno opowieści, jak i ryciny – niejednokrotnie mogą przyprawić czytającego o dreszcze na ciele.
Jeżeli, podobnie jak ja, jesteście szczególnie bojaźliwymi jednostkami i z tego powodu niepokoicie się, czy sięgnąć po publikację – odłóżcie swoje wątpliwości na bok. Czytając komiks ani przez moment nie zostaniecie sami. Od pierwszych stron towarzyszył Wam będzie pewien szczególny osobnik – Upiór, zwracający się do Was czułym słówkiem "dzieciaczki" i dodający historii mnóstwo wspaniałego, czarnego humoru. Gorzej, gdy w trakcie chichotania nad komiksem przyjdzie Wam do głowy spojrzeć na jego okładkę. ;)


I mały smaczek na koniec. ;)









A Wy? Czytujecie komiksy? Ciekawi jesteście "Opowieści makabrycznych"? A może czytaliście jakąś książkę Kinga, która mnie, jako szczególnie bojaźliwego czytelnika nie przyprawiłaby o zawał i możecie ją polecić? ;)  

niedziela, 5 listopada 2017

Wielka akcja czytelnicza - wydaj z Moondrive "Trzy mroczne korony" Kendare Blake

Pamiętacie wielką akcję z "Illuminae"?
Wydawnictwo Otwarte wpadło na pomysł wydania w Polsce "Illuminae" z pomocą chętnych czytelników. Zainteresowane tym tytułem osoby wpłacały pieniądze, które zostały zainwestowane w jego publikację. Akcja odniosła sukces! Książka zdobyła rzeszę zachwyconych czytelników i dziś można ją kupić w pięknej, twardej oprawie.


Z pewnością słyszeliście o tym przedsięwzięciu. A może nawet sami wzięliście w nim udział?

Dlaczego o tym piszę? Otóż... Moondrive ponownie podjął się podobnej akcji. Tym razem wydawnictwo postawiło na dylogię: "Trzy mroczne korony" i "Mroczny tron" Kendare Blake.


O czym to książki? Oto opis...

"W królewskim rodzie rządzącym wyspą Fennbirn rodzą się trojaczki – dziewczynki. Jako sześciolatki zostają rozdzielone i są wychowywane w różnych rodzinach zgodnie z mocą, jaką otrzymały. Każda ma takie samo prawo do korony, ale królową może zostać tylko jedna. Siostry muszą zatem walczyć o władzę. Zwycięstwo jednej oznacza śmierć dwóch pozostałych. Dzieje się tak od wieków.
Katharine jest trucicielką, Arsinoe słuchają się zwierzęta i rośliny, a Mirabella panuje nad żywiołami. Noc ich szesnastych urodzin rozpoczyna walkę o tron. Kolejne urodziny będzie świętować tylko jedna siostra – nowa królowa Fennbirn."

Zadaniem Moondrive było zebranie 1000 osób, które zamówiłyby zestaw książek (bo zakup jednej części gwarantuje, iż po wydaniu dostaniemy również drugi tom). Wyobraźcie sobie, że wydawnictwo w przeciągu miesiąca zdobyło odpowiednią liczbę czytelników, by wydać tę dylogię w twardych oprawach we wspaniałym, kolekcjonerskim wydaniu. Nawet jeśli po akcji książki zostaną dodrukowane – to już nie w takiej wersji, z kolorowymi brzegami.



Wprawdzie zebrała się już odpowiednia liczba czytelników do wydania "Trzech mrocznych koron" i "Mrocznego tronu", jednak nie wiadomo, czy później dylogia ta zostanie dodrukowana, a jeśli nawet to dostępna będzie bez wspaniałych gadżetów, tak lubianych przez książkoholików. Tymczasem do 15 listopada 2017r. można jeszcze przyłączyć się do akcji i nabyć wspaniały zestaw dwóch książek z gadżetami w pakiecie podstawowym za 49,90 zł


lub w pakiecie rozszerzonym z audiobookiem pierwszej części i kubkiem za 64,90 zł.


Osobiście staram się obecnie raczej pozbywać nadmiaru książek z półek, ale kiedy zobaczyłam tę akcję – musiałam do niej dołączyć. Jeśli Wy również jesteście zainteresowani udziałem w projekcie odsyłam Was na stronę moondrive (link).

Co sądzicie o tego typu inicjatywach? Braliście w jakiejś udział? A może dołączycie do obecnej? 

sobota, 4 listopada 2017

"Maybe Someday" Colleen Hoover - mamuśka czyta o trójkącie miłosnym...

„Maybe Someday” Colleen Hoover to książka, którą wygrałam w konkursie wydawnictwa Otwartego i sama ją sobie wybrałam jako nagrodę. Mimo to ponad rok leżała na mojej półce, a do jej przeczytania zmotywowało mnie wyzwanie czytelnicze u Eweliny, znanej Wam zapewne jako Ejotek lub Czytelnicza Dusza.


Klikając tutaj przejdziecie do wyzwania, a Ewelinie przy tej okazji bardzo dziękuję za zmotywowanie mnie do sięgnięcia po tę pozycję.


Opis książki (pochodzący z okładki)

„On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce.
Mabybe Someday to opowieść o ludziach rozdartych między 'może kiedyś' a 'właśnie teraz', o emocjach ukrytych między słowami i muzyce, którą czuje się całym ciałem.”

Moje odczucia po lekturze

"Maybe Someday" to książka łącząca w sobie Young Adult i romans. Zwykle stronię od takich pozycji, jednak na temat tej powieści słyszałam mnóstwo pozytywnych opinii, a lektura "Hopeless" Colleen Hoover (moje wrażenia), choć w swojej recenzji trochę się jej "czepiałam", dodatkowo zachęciła mnie do przeczytania "Maybe Someday".
Książka pochłonęła mnie od pierwszych stron i kiedy musiałam przerywać czytanie z niechęcią odkładałam ją na półkę. Od początku polubiłam bohaterów: Sydney, Ridge'a, Warrena i Bridget, a następnie inne, kolejno wprowadzane do powieści postacie: Maggie i Brennana. Szczęśliwie wśród bohaterów znalazły się również osoby nacechowane negatywnie, a i postaciom pierwszoplanowym zdarzało się popełniać błędy i nie całkiem obce były im nieczyste zagrania.
"Maybe Someday" to opowieść o miłości dwóch osób, ale nie tylko. To również piękna historia o niesłyszącym bohaterze oraz dziewczynie, która zapadła na bardzo poważne schorzenie. O jaką chorobę chodzi nie będę Wam tu zdradzała. Dowiecie się tego w trakcie lektury. Mnie jednak ta wiadomość niemal sparaliżowała, gdyż opisane schorzenie dotyczyło mojego przyjaciela z lat młodzieńczych, którego dzisiaj nie ma już na tej ziemi.
Dzięki pisarce przenikamy do świata uczuć i doznań towarzyszących w życiu codziennym osobie niesłyszącej. Poznajemy sposób odbierania przez nią świata, co ja odczuwałam niemal namacalnie. Kiedy czytałam historię opisywaną z punktu widzenia osoby głuchej, nawet wówczas, gdy sytuacja ta była wypełniona hałasem – bez problemu mogłam ją sobie wyobrazić, a jednocześnie miałam wrażenie, iż żadne dźwięki z nią związane do mnie nie docierają.
„Maybe Someday” to historia miłości, a właściwie trójkąta miłosnego, opisywanego zamiennie przez 22-letnią kobietę oraz 24-letniego mężczyznę. Zastosowanie naprzemienności wypowiedzi ogromnie mi się spodobało i dało możliwość przeniknięcia w myśli i odczucia bohaterów, których cechowała niesamowita wzajemna szczerość, jakiej nam dorosłym często brak we wzajemnych relacjach. Ogromnie przypadła mi do gustu dojrzałość bohaterki, jej podejście do sytuacji, w której się znalazła. Analizowanie sytuacji, jakie ją spotykają godne jest osoby prawdziwie rozsądnej i odpowiedzialnej.
Zwykle, gdy czytam o trójkątach miłosnych – złoszczę się poznając odczucia i przemyślenia bohaterów. Zbyt łatwo, w chwilach uniesienia, zapominają oni o swoich stałych partnerach i ulegają namiętności dopuszczając się zdrady. W „Maybe Someday” bohaterowie nie zapominają o bliskich, których mogliby skrzywdzić, a ich uczucie nie sprowadza się wyłącznie do zaspokojenia popędu seksualnego.
Kiedy poznajemy Sydney i Ridge'a oboje są w stałych związkach. Później sytuacja nieco się zmienia. Sydney zostaje sama, ale Ridge wciąż ma u boku kochającą, cudowną dziewczynę. Z tego powodu trudno było mi kibicować tej dwójce, by stworzyli parę. Jednak z ciekawością i zaangażowaniem śledziłam ich losy i nurtowało mnie, jakie będzie zakończenie tej historii. A uwierzcie mi – Colleen Hoover w mistrzowski sposób żonglowała moimi emocjami w tym zakresie.
Ogromne wrażenie wywarły na mnie opowieści Ridge'a, dotyczące jego dzieciństwa oraz zaskakujące informacje na temat innych bohaterów, które niejednokrotnie wbijały mnie w (przysłowiowy) fotel. Colleen Hoover w moim odczuciu jest mistrzynią w szokowaniu czytelnika niespodziewanymi informacjami, czy zwrotami akcji. Mało tego! Nie są to jakieś banały, czy wprowadzane na siłę wydarzenia, lecz doskonale współgrają one z opisywanymi historiami i znakomicie je dopełniają. Jest to jeden z powodów dla jakich naprawdę cenię książki tej pisarki (mimo, iż przeczytałam dopiero dwie).
Książkę czyta się niesłychanie szybko. Do lektury zachęca nie tylko lekkie pióro autorki, ale również to, w jaki sposób powieść została napisana. Bohaterowie nie zawsze rozmawiają ze sobą w sposób bezpośredni (twarzą w twarz). Wielokrotnie prowadzą rozmowy poprzez smsy, czy wiadomości na facebooku. Lektura wywołała we mnie moc emocji: od radości i śmiechu, poprzez ciekawość, aż po niepewność, wzruszenie i strach o losy bohaterów.
Dodatkowego uroku dodają powieści teksty piosenek komponowanych i pisanych przez bohaterów, zamieszczone na końcu książki. Co więcej! Piosenek tych można posłuchać w trakcie lektury książki na wskazanej stronie w internecie.
„Maybe Someday” to powieść z kategorii Young Adult, za którymi zazwyczaj nie przepadam. Niektórzy mogliby stwierdzić, iż to tylko romans lub zwykła powieść obyczajowa, a jednak ja, świeżo po przeczytaniu tej książki śmiem twierdzić, że jest to jedna z najlepszych pozycji, po jakie w tym roku sięgnęłam i z pełnym przekonaniem Wam ją polecam.


A jakie książki Colleen Hoover Wy czytaliście? Które zrobiły na Was największe wrażenie? Jaką polecacie mi przeczytać w pierwszej kolejności? A może jeszcze nie poznaliście żadnej książki tej autorki? Planujecie to zmienić?