niedziela, 6 grudnia 2015

Podsumowanie BookAThonu - grudzień 2015

BookAThon dobiega końca, więc nadszedł czas podsumowań. Serdecznie zapraszam Was na kilka słów dotyczących mojego zaczytanego tygodnia. :))

Założyłam sobie, iż (jeśli tylko mi się uda ;) ) od 30.11 do 6.12.2015 r. przeczytam cztery widoczne na zdjęciu książki.


Założenie było bardzo ambitne, albowiem na co dzień pracuję, mam dwie córy (w tym 1,5-roczną, ogromnie aktywną, ostatnio dodatkowo chorą Wiktorię – na szczęście już jest znacznie lepiej), a i życie w ostatnim tygodniu postanowiło mi nieco dopiec. ;) Mimo to jednak jestem z siebie dumna.

Przepięknie ilustrowanego "Harry'ego Pottera..." czytałam w wolnych chwilach przez 3 kolejne dni i lekturę zakończyłam w środę.

 
Kiedyś już czytałam tę część Pottera. Okazało się jednak, iż wiele szczegółów z niej przez minione lata uległo zapomnieniu. Powrót w lata dzieciństwa był ogromnie udany. Jak dzieciak cieszyłam się poznając szkołę czarodziejów oraz przygody bohaterów, a ilustracje zamieszczone w książce – wręcz zachwycały mnie. :)) Marzę o uzbieraniu całej kolekcji ilustrowanego Harry'ego, zwłaszcza, że w młodości czytałam tylko pierwsze części tej magicznej powieści. :))

"Oskar i Pani Róża" to pozycja, którą pochłonęłam w jeden wieczór. Jej czytanie zajęło mi godzinkę, może niewiele dłużej.

 
Spodziewałam się, iż podczas lektury tej książki nie jedna łza mi z oczu poleci, gdyż wcześniej oglądałam film i wiedziałam o czym opowiada. Okazało się jednak, iż ani razu nie popłakałam się podczas czytania. Mimo to – książeczka była cudowną, wzruszającą lekturą. Polecam ją każdemu.

Ostatnim dziełem, które pochłonęłam w ciągu dwóch dni i skończyłam czytać przed chwilką – było "Uroczysko" Magdaleny Kordel.

 
Wcześniej miałam przyjemność czytać "Wymarzony dom" tejże pisarki (link do recenzji). Na półce w kolejce do przeczytania czekają na mnie dwie kolejne książki z tej serii. Opisane przez autorkę Malownicze pokochałam od początku. Lektura "Uroczyska" okazała się być jeszcze lepsza, niż w przypadku poprzedniej książki, a z tego co mi wiadomo "Uroczysko" to debiut autorki. Opowiada o rozstaniu i podnoszeniu się po rozwodzie na własne nogi – setnie się jednak przy niej bawiłam. Uwielbiam książki, które niosą ze sobą interesującą historę, a jednocześnie można przy nich pośmiać się, oderwać od rzeczywistości, i dzięki którym spojrzeć można w przyszłość z opytmizmem.

Niestety nie udało mi się przeczytać książki "Ostatnie dni Królika", jednak zrobię to w najbliższym czasie. 


Jeszcze dziś przystąpię do jej czytania. :))

Podczas BookAThonu planowałam przeczytać ok. 1100 stron, ale od początku zakładałam, iż może mi się to nie udać. Pochłonęłam 710 i jestem ogromnie z siebie zadowolona. Podczas poprzedniego BookAThonowego tygodnia przeczytałam ok. 450 stron, więc tym razem wynik jest znacznie lepszy. Wszystkie przeczytane książki bardzo mi się podobały i już wkrótce na blogu będziecie mogli przeczytać ich recenzje.

A Wy? Braliście udział w tym wydarzeniu? Jakie książki czytaliście? Udało Wam się przeczytać wszystkie zaplanowane lektury? Jeśli nie braliście udziału koniecznie pochwalcie się, co czytacie ostatnio. :))


piątek, 27 listopada 2015

Mój BookAThonowy stosik. :))

Już za chwileczkę, już za momencik
tydzień z BookAThon zacznie się kręcić

i z tej pięknej okazji przybywam do Was z moim stosikiem na zaczytany tydzień. :))

Na początek napiszę, jakie wyzwania czekają nas od 30.11 i jakie książki wybrałam do wypełnienia poszczególnych zadań. Niektóre z nich będą się powtarzały, ponieważ nie zdążę w ciągu tygodnia przeczytać aż sześciu lektur. Nie spodziewam się nawet, iż uda mi się pochłonąć wszystkie te, które zagarnęłam do wyzwania, ale chciałabym je przeczytać – stąd mój wybór.

Wyzwanie 1 – Książka z czymś czerwonym na okładce to "oficjalnie" "Uroczysko" Magdaleny Kordel (378 str.), choć każda z wybranych przeze mnie lektur w jakimś stopniu spełnia ten warunek, ;)
2 – coś z listy 100 tytułów BBC to " Harry Potter i Kamień Filozoficzny" J. K. Rowling (246 str.),
3 – jako szkolna lektura, której nie przeczytałam "Oskar i Pani Róża" Erica – Emmanuela Schmitta (86 str.),
4 – tytuł, który zdobył nagrodę literacką to ponownie "Harry Potter ...",
5 – książka wybrana przez inną osobę to "Ostatnie dni Królika" Anne McPartlin (398 str.), którą otrzymałam jako nagrodę za udzielanie się na blogu Blask Książek i wyszukała ją dla mnie Gosia,
6 – publikacją polskiego autora jest wspomniane wcześniej "Uroczysko".
7 – Ostatnie wyzwanie dotyczy przeczytania w trakcie BookAThoonu co najmniej 1500 stron. Ja nie biorę w nim udziału, ale jeśli przeczytam 1108 stron, które sobie wyznaczyłam i tak będę ogroooooomnie z siebie dumna. Szczerze mówiąc jednak – nie spodziewam się aż takiego sukcesu. ;) Półtoraroczna córeczka, praca, zajmowanie się domem, gotowaniem. Na podium raczej nie stanę, jednak w tym wszystkim chodzi o wspólne czytanie i dobrą zabawę, czego właśnie się spodziewam. :))


Oto kilka zdjęć mojego stosiku.




 
A Wy? Przyłączycie się?

Piszcie też o tym, jak podoba Wam się mój stosik i jakie książki Wy wybraliście, jeżeli bierzecie udział w tej zabawie. A jeśli nie uczestniczycie w BookAThonie – czytacie coś obecnie? Jakie są Wasze najbliższe czytelnicze plany? :))


sobota, 21 listopada 2015

Nadszedł czas na recenzję "Kosogłosa". :)

"Tydzień z Igrzyskami Śmierci" powoli dobiega końca i wczoraj skończyłam czytać "Kosogłosa", ostatnią część trylogii. Dziś przybywam, by podzielić się z Wami wrażeniami na temat przeczytanej lektury. :)


Podobnie, jak w przypadku "W pierścieniu ognia", także "Kosogłosa" można podzielić na dwie części. Pierwszą, w której Katniss stopniowo powraca do zdrowia, dowiaduje się, co wydarzyło się na arenie i jaki los spotkał jej znajomych, a także próbuje odnaleźć się w nowym miejscu, w zaskakującej sytuacji, w jakiej została po raz kolejny postawiona (bo w życiu Katniss od zakończenia pamiętnych Igrzysk Śmierci nic nie jest już pewne i wygląda na to, iż spokój nie jest jej pisany). W Panem trwa wojna (tyle chyba mogę zdradzić), ale nie dotyczy ona jeszcze bezpośrednio naszych bohaterów. Autorka stopniowo wprowadza nas w akcję. Nie brakuje tu sytuacji zagrożenia, pewnego niepokoju, ale czyta się ją w miarę spokojnie.
Mijamy połowę, a może 2/3 książki i "gra" znowu się rozpoczyna. Znów w wielkim napięciu śledzimy losy "Kosogłosa", akcja nabiera zawrotnego wręcz tempa, trudno odłożyć książkę na półkę, zwłaszcza, że koniec każdego rozdziału zapowiada następne niesamowite wydarzenia. Trup ściele się gęsto, a my, zaskakiwani kolejnymi wypadkami, niejednokrotnie ze zdumienia szeroko otwieramy usta.

Choć pierwsza część książki podobała mi się to po dłuższym czasie zaczęła mnie nieco nużyć. Na szczęście wówczas pisarka postanowiła zafundować czytelnikom moc niesamowitych emocji. Fabuła stała się tak wartka, że chwilami zapierała dech w piersiach, a raz (pod koniec), musiałam nawet przerwać czytanie, aby móc uspokoić emocje.
Suzanne Collins rozwaliła moje serce na tysiąc kawałków. Tak, jak pozwoliła mi pokochać swoich bohaterów (im bliżej ich poznawałam, tym większym afektem darzyłam), tak nagle zaczęła mi niektórych z nich odbierać. Oj, bolesne to będą wspomnienia, jednak to właśnie one dodają książce jeszcze większej wartości.

Podczas lektury "Kosogłosa" zdarzyło mi się kilkakrotnie śmiać w głos, albowiem mimo przedstawionego w niej okrucieństwa, autorka potrafiła również wprowadzić  w jej treść zabawne sytuacje oraz dialogi.
"Przeszywa mnie zimny dreszcz. Naprawdę jestem taka chłodna i wyrachowana? Gale nie powiedział: 'Katniss wybierze tego, z którego nie będzie mogła zrezygnować, bo pęknie jej serce', czy choćby 'tego, bez którego nie będzie mogła żyć'. To by sugerowało, że powoduje mną taka czy inna namiętność. Tymczasem mój najlepszy przyjaciel twierdzi, że po zastanowieniu wybiorę tę osobę, bez której nie dam sobie rady. W ogóle nie zakłada, że pokieruje mną miłość, pożądanie, czy choćby myśl o dopasowaniu. Po prostu przeprowadzę chłodną kalkulację, żeby ustalić, który z moich potencjalnych partnerów ma więcej do zaoferowania, zupełnie jakby w ostatecznym rozrachunku chodziło o to, kto mi zapewni dłuższe życie: piekarz czy myśliwy. Równie okropne jest to, że Peeta im nie zaprzeczył. Wszystkie emocje zostały mi odebrane i użyte przez Kapitol oraz rebeliantów, więc w tej chwili mój wybór byłby prosty: doskonale dałabym sobie radę bez nich obydwu."

Wątek miłosny w książce budzi niemałe emocje. Kogo wybierze Katniss? Gale'a, z którym zaprzyjaźniła się pięć lat wcześniej podczas polowań na zwierzęta w dwunastym dystrykcie, czy Peetę, z którym poznała się na arenie podczas okrutnych, głodowych igrzysk?



Ja od początku kibicowałam Katniss i Gale'owi, ale nie zdradzę tutaj zakończenia książki. Aby poznać jej koniec, sami musicie przeczytać to dzieło lub obejrzeć film. 

Podczas czytania "Kosogłosa" zdarzyło mi się również popłakać. I mimo, iż świat stworzony w książce jest fikcyjny, chwilami czułam się, jak by to była prawdziwa wojna i nie potrafiłam przetłumaczyć sobie, iż to tylko science fiction. Mrożące krew w żyłach opisy: ludzie opuszczający w środku nocy swoje zniszczone domy, poszukujący schronienia, strzelaniny, wybuchy bomb, dziewczynka w żółtym płaszczyku, dzieci znajdujące się za metalową siatką, odgrodzone od tłumu, i ich historie. Osobiście nie mogłam przejść nad tym obojętnie. Niby science - fiction, a ja widziałam okrucieństwo prawdziwej, bezwzględnej wojny.

Warto też wspomnieć o bohaterach "Kosogłosa". Niestety książkę czytałam w dość krótkim czasie. Niekiedy nie miałam możliwości wystarczającego skoncentrowania się na jej treści i nie udało mi się dobrze poznać niektórych bohaterów, więc momentami nie wiedziałam o kim akurat jest mowa. Nie przeszkadzało mi to jednak w ogólnym odbiorze lektury. Za to jestem bardzo ciekawa filmu, bo jednak w przypadku obrazu łatwiej będzie mi kojarzyć jego poszczególne postacie.

A Wy czytaliście "Kosogłosa"? A może oglądaliście już film? Jak Wasze wrażenia? Koniecznie napiszcie o tym w komentarzach.

 

środa, 18 listopada 2015

"Tydzień z Igrzyskami Śmierci" trwa. :) Moja recenzja "W pierścieniu ognia".

Dziś w ramach facebookowego


gdy dziewczyny zamieściły już swoje recenzje "W pierścieniu ognia" ja zapraszam Was także na swoją ocenę tej pozycji. :))

"Igrzyska śmierci" wpadły w me ręce za sprawą siostrzenicy, która książkę (wraz z kilkoma innymi) wypożyczyła z biblioteki. Miałam kilka dni na wybranie i przeczytanie kilku lektur z jej stosiku, a że o "Igrzysach ..." słyszałam mnóstwo, więc właśnie po nie sięgnęłam. Skutek tego był taki, że zakochałam się w książce bez pamięci. Obejrzałam film, a teraz przy okazji "Tygodnia z Igrzyskami Śmierci" postanowiłam zapoznać się z dwiema pozostałymi częściami trylogii oraz jej adaptacjami filmowymi.
Od kiedy przeczytałam pierwszą część "Igrzysk ..." minęło kilka miesięcy, więc zastanawiałam się, czy po takim czasie uda mi się bez większych problemów odnaleźć w świecie Katnis Everdeen. Czy nie będę miała problemów z przypomnieniem sobie poszczególnych wątków igrzysk oraz postaci z książki. Gdy zaczęłam czytać okazało się, że nie ma mowy o podobnych problemach. Pisarka przypomina najważniejsze wydarzenia z pierwszej części trylogii, opowiada o tym, jak igrzyska wpłynęły na życie oraz osobowość Katniss. Dowiadujemy się, co dzieje się z Galem oraz Peetą, jak wyglądają ich relacje z Katniss – a przyznam, iż tego byłam ciekawa najbardziej po przeczytaniu pierwszej części. 


Książka "W pierścieniu ognia" przedstawia historię Katniss pół roku po igrzyskach, w których wzięli udział ona i Peeta. Teraz naszych zwycięzców czeka tournee po dwunastu dystryktach Panem, podczas którego, chcąc nie chcąc, przypominać będą ludziom o władzy Kapitolu. Pod płaszczykiem radości z ich wygranej w igrzyskach uzmysławiać będą ludziom, iż pozorny spokój w ich dzielnicach za chwilę znów zostanie zachwiany. Kolejna dwójka (dziewczyna i chłopak) z każdego dystryktu będzie musiała wyruszyć na scenę i walczyć o swoje życie.
Nasza bohaterka pragnie odbyć to okropne tournee i odpocząć, zapomnieć o głodowych igrzyskach, choć na chwilę, zanim ponownie zostanie zaangażowana w nie, tym razem jako mentorka rekrutów z jej dystryktu. Jednak, Suzanne Collins zaskakuje nas ponownie tym, co przygotowała dla Katniss. Jeszcze przed planaowanym tournee w domu naszej bohaterki pojawia się pewien niespodziewany gość, który jak łatwo się domyślić, wprowadza niemałe zamieszanie w życiu dziewczyny. A to dopiero początek historii...

Po przeczytaniu pierwszej części "Igrzysk śmierci" zachwyciłam się książką. Teraz, świeżo po lekturze "W pierścieniu ognia" nadal jestem nimi zafascynowana. Świat stworzony przez Suzanne Collins, pozornie fantastyczny, przedstawia państwo totalitarne, w którym społeczeństwo nie ma prawa głosu. Ludzie traktowani są jak pionki w grze jego władz, a jakikolwiek sprzeciw może być przyczyną tortur wobec winowajcy lub nawet jego śmierci. Książka przedstawia również w doskonały sposób tok myślenia oraz emocje osób, które uwikłane zostały w walkę przeciw sobie wzajemnie w celu utrzymania się przy życiu. Przedstawia psychikę osób, które musiały walczyć o swoje życie, zabijając innych, niewinnych ludzi.
Wróćmy jednak do świata stworzonego przez autorkę. Sytuacje opisane przez Suzanne Collins, choć nieprawdziwe, wydają się tak rzeczywiste, że niemal bierzemy w nich udział. Podczas lektury zdarzało mi się uśmiechać, popłakać, ale najczęściej z zapartym tchem przewracałam kartki książki, by poznać dalszą część historii. Mnóstwo niespodziewanych zwrotów akcji powodowało, że nagle otwierałam ze zdumienia usta i przeżywałam kolejne, nieopisane emocje.
Pisarka wspaniale przedstawiła bohaterów swej powieści. Nawet kiedy niewiele dowiadujemy się o jakiejś postaci – wyróżnia się ona spośród pozostałych jakąś cechą wyglądu bądź charakteru i nawet jeśli nie zapamiętamy jej na dłużej – po przeczytaniu opisu jesteśmy w stanie ją sobie dokładnie wyobrazić. Niektóre postacie z książki darzymy ogromną sympatią, inne niechęcią, ale rzadko kiedy pozostają nam one obojętne, zwłaszcza gdy poznajemy je bliżej. Według mnie nie ma wśród nich postaci mdłych, bezbarwnych.

 
W "Igrzyskach Śmierci" Suzanne Collins pokazała, iż potrafi stworzyć książkę pełną akcji i napięcia. W drugiej części udowodniła, że nawet, kiedy pozornie wszystko się ułożyło, gdy Katniss i Peeta mają jedynie jechać w "odwiedziny" do dwunastu dystryktów, by "świętować swe zwycięstwo", gdy nie spodziewamy się walk i rozlewu krwi – a jedynie "wizyt" w kolejnych dzielnicach Panem – to i tak nie będziemy się nudzili. Wspomnieć też muszę tutaj, że jeśli jednak rządni jesteście akcji mrożącej krew w żyłach – to i taką tutaj odnajdziecie, i to również w dużej dawce.
Jestem bardzo zadowolona, że czytanie rozpoczęłam od "Igrzysk śmierci" i kolejne części pochłaniam po kolei, gdyż nie mogę doczekać się chwili, kiedy sięgnę po następny tom. Jeśli ktoś przeczyta tylko drugi tom, nie znając początku historii może zakończyć lekturę z lekkim niedosytem (ze względu na jej zakończenie) i może nie czuć potrzeby sięgnięcia po pozostałe tomy. Ja, po lekturze "W pierścieniu ognia" również czuję pewien niedosyt, lecz ten pcha mnie ku jak najszybszemu sięgnięciu po "Kosogłosa", którego uwielbiają rzesze czytelników. Jeżeli zaś ktoś, tak jak ja, czytał pierwszą część, zapewne dojdzie do wniosku, iż całość wspaniale się ze sobą komponuje i z pewnością zapragnie sięgnąć po trzecią część trylogii.
"Ptak, broszka, piosenka, jagody, zegarek, suchar, sukienka, która staje w płomieniach." Cóż dodać mogę? Polecam szczerze i z całego serca wszystkim czytelnikom (może jedynie poza dziećmi ;) ).

A Wy czytaliście już drugą część "Igrzysk ..."? Jakie są Wasze wrażenia? :)

 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Tydzień z "Igrzyskami Śmierci" wystartował....

Dzisiaj zaczął się

zorganizowany na facebooku przez 6 blogerek. Zapraszam Was serdecznie do wzięcia udziału w tym wydarzeniu. Ja biorę w nim udział, a że temat przewodni ogromnie inspirujący postaram się jak najaktywniej w nim uczestniczyć. W ciągu tygodnia na moim blogu pojawią się recenzje kolejnych części książek i filmów, więc zapraszam Was również tutaj, do mnie. A tak najmocniej zachęcam do sięgnięcia po książki i filmy – kolejne części trylogii "Igrzysk Śmierci". Wkrótce premiera drugiej części "Kosogłosa" więc jest to doskonały czas na nadrobienie igrzyskowych zaległości. ;)

Ja rozpoczynam od recenzji I tomu trylogii. :))

"Igrzyska śmierci" to książka, która znalazła się w moich rękach tak naprawdę przez przypadek. Nie planowałam zapoznawać się z jej treścią, ale w wakacje trafiła się okazja przeczytania w krótkim czasie kilku książek ze stosiku bibliotecznego mojej siostrzenicy Natalki, a że zauważyłam wśród jej buków "Igrzyska śmierci" o których wiele dobrego słyszałam – postanowiłam jednak po nie sięgnąć. 


Moja przygoda z tą pozycją zakończyła się po trzech dniach, a książka spodobała mi się do tego stopnia, że zapragnęłam mieć całą serię "Igrzysk" wśród innych buków na swojej półce. Poprzez to tym bardziej należy docenić ich wartość, ponieważ książki w moim mieszkanku zazwyczaj pojawiają się, a po przeczytaniu zmieniają właścicieli, abym mogła cieszyć się innymi lekturami. Na stałe mam w swojej biblioteczce tylko kilkadziesiąt ulubionych pozycji, gdyż nie posiadam zbyt wiele miejsca na nie, a jednak zapragnęłam by znalazły się wśród nich "Igrzyska śmierci". Jaka ja byłam szczęśliwa, gdy dostałam książkę w prezencie na urodziny od męża. :))

Nie będę opowiadała treści książki, gdyż o niej wiele można przeczytać w internecie. Ograniczę się jedynie do opinii na jej temat. Do rzeczy więc...

Suzanne Collins wymyśliła wspaniałą fabułę dla czytadła. Dwanaście dystryktów, z których każdy zajmuje się inną dziedziną przemysłową i dostarcza dla Kapitolu innych dóbr, coroczne Igrzyska Śmierci mające przypominać o stłumieniu buntu sprzed lat przez władze Kapitolu, Igrzyska podczas których dwóch zawodników (chłopak i dziewczyna) z każdego dystryktu ma na specjalnie zorganizowanej w tym celu arenie – walczyć na śmierć i życie z innymi trybutami, albowiem zwycięsko wyjdzie z tej wojny tylko jeden z nich. W końcu scena – pułapki, które się na niej znajdują i z jakimi przychodzi się zmierzyć trybutom, barwni bohaterowie i ich losy na arenie – wszystko to składa się na doskonałą historię, pełną nagłych zwrotów akcji i nieustającego napięcia.
Autorka wykreowała bardzo ciekawych bohaterów, spośród których jednych darzy się sympatią, a innych nie można znieść. Im bliżej się ich poznaje tym trudniej przejść obok nich obojętnie. Cieszyłam się, gdy pisarka nie naświetlała zbyt dokładnie sylwetek postaci, które następnie uśmiercała na arenie. Im bliżej poznawałam bohaterów – tym bardziej zżywałam się z nimi i ciężko było ich żegnać. Śmierć jednej z trybutek wywarła na mnie szczególne wrażenie. Polały się łzy. 


Nie wiem, jak brzmi tekst "Igrzysk śmierci" w oryginale (nie znam języka angielskiego), ale tłumaczenie Małgorzaty Hesko – Kołodzińskiej oraz Piotra Budkiewicza ogromnie przypadło mi do gustu. Doskonałe opisy sprawiały, iż nie miałam problemu z wyobrażeniem sobie kolejno przedstawianych osób, zjawisk, sytuacji. Wręcz przeciwnie – dzięki nim z łatwością wczuwałam się w sytuacje i nawet nie zauważałam, w jak szybkim tempie umykały mi kolejne strony książki. Z całego serducha kibicowałam Katniss w jej potyczkach na arenie oraz rozterkach sercowych, bo i o takich wspomniano. ;)

Nie będę już truła. Książkę serdecznie polecam nie tylko fanom science – fiction, ale także kochającym kryminały, thrillery, czy nawet obyczajówki (podobnie jak ja ;) ).


W najbliższych dniach zapraszam na moją ocenę ekranizacji "Igrzysk śmierci". Czytajcie kolejne tomy trylogii, oglądajcie ekranizacje, wpadajcie do dziewczyn na facebooka, do mnie na blog i przede wszystkim, dzielcie się ze mną swoimi wrażeniami. Jestem ogromnie ich ciekawa. :))
No właśnie... czytaliście już tę książkę? A może oglądaliście film? Jakie jest Wasze zdanie na ich temat? :))


środa, 11 listopada 2015

Mój październikowy stosik

Dziś krótko i na temat. ;) Jak wiecie – półki me uginają się już niemal od książek i obiecałam sobie solennie nie kupować ich zbyt wielu. Kupuję i dokładam do biblioteczki tylko te na których przeczytaniu szczególnie mi zależy. I mimo, iż październik obfituje aż w osiem pozycji jestem ogrooomnie zadowolona, gdyż są to książki, na które polowałam i po które sięgnę z niesamowitą przyjemnością. :)) A oto moje zdobycze:



Cztery książki znajdujące się u góry stosu to zdobycze biedronkowe, cztery kolejne pochodzą z wymian książkowych.
Aby nie gromadzić kolejnych książek, które długie miesiące będą leżały na półce w kolejce na przeczytanie dwie z nich: "Harry Potter" i kamień filozoficzny" oraz "Uroczysko" planuję przeczytać w trakcie zbliżającego się wielkimi krokami Bookathonu. :))

A czy Wam któreś z tych książek przypadły do gustu szczególnie? Co polecacie mi przeczytać w pierwszej kolejności? :))


sobota, 7 listopada 2015

Listopad 2015 - gratki dla książkoholików :)

Hej Kochani!

Dziś przybywam z postem informacyjnym. ;) Pragnę podzielić się z Wami wiadomościami dotyczącymi listopadowych gratek dla książkoholików. Zapraszam Was na dwie promocje książkowe oraz dwa wydarzenia o których informacje zdobyłam ostatnio. :))

Po pierwsze... moja od jakiegoś czasu ulubiona "księgarnia" :D


ponownie (od poniedziałku 9.11) rusza ze sprzedażą książek. Jak zwykle zakupić będzie można bestsellery w cenie 24,99 zł, a ponad to książki kreatywne dla dzieci i dorosłych oraz książki aktywizujące za 14,99 zł. Na szczęście wśród bestsellerów, choć są ciekawe tytuły, nic nie przyciąga mnie do tego stopnia, abym znowu miała odchudzać portfel (ufff... ;) ), ale z pozostałych na pewno coś wybiorę (ostatnio szczególnie ciekawią mnie kolorowanki dla dorosłych).
A oto linki dla zainteresowanych:




I jak? Upatrzyliście coś dla siebie? :)

Po drugie... od poniedziałku pojawi się w kioskach prasowych pierwsza część książek z nowej kolekcji – książek Nicholasa Sparksa. :D



Mało tego – jako pierwszy ukaże się "Pamiętnik" – moja ukochana książka tego autora, której jeszcze nie mam na półce. :D Pozostaje mi tylko dylemat, czy kupować kolejne części? Stałego miejsca na książki mam na półkach niewiele. Kolejne pozycje pojawiają się na nich i znikają, abym mogła cieszyć się nowymi. Zostawiam sobie tylko te szczególne. Cała kolekcja pisarza zajęłaby mnóstwo miejsca. Z drugiej strony te buki wydane będą pięknie, mają być w grubych oprawach (chociaż pojęcia nie mam, gdzie ja to wyczytałam) i chętnie zapoznałabym się z całą twórczością autora, a później dzieliła radością czytania tych pozycji z innymi kochającymi buki, znajomymi. No nic... ja pozostaję z tym dylematem, a Was odsyłam po więcej informacji na stronę Literia



I .......... WYDARZENIA :D

Po pierwsze... dnia 16 listopada rusza "Tydzień z Igrzyskami śmierci", organizowany przez sześć blogerek z okazji premiery kinowej II części "Kosogłosa" w Polsce.
Dziewczyny zachęcają do "pierwszego czytania", ;) odświeżenia sobie trylogii (jeśli już ją czytaliście) oraz oglądania filmów. :)) Namawiają do udziału w wydarzeniu blogerów i nieblogerów, czytelników i kinomaniaków, wielbicieli tej trylogii oraz tych, którzy mają chęć się z nią zapoznać. :))
Ja mam za sobą pierwszą część "Igrzysk śmierci" (zarówno tę czytelniczą, jak i filmową) i od dawna miałam ogromną chęć zasiąść do kolejnych, dlatego postanowiłam wziąć udział w wydarzeniu. Jednak ogromnie chcę przeczytać i obejrzeć obie części trylogii, które mi pozostały (a może i odświeżyć sobie pierwszą) dlatego do czytania wzięłam się już teraz. 


Z przyjemnością w ciągu organizowanego przez dziewczyny tygodnia z "Igrzyskami" również podzielę się z Wami swoimi wrażeniami z lektur i filmów. I kto wie? Może także wybiorę się do kina?

Tymczasem zapraszam Was na


 Jak myślicie? Dołączycie do wydarzenia?
Akcja świetna więc niech wieść się niesie... :))
Pozdrawiam dziewczyny! :)

Po drugie... rusza druga edycja czytelniczej zabawy BookAThon Polska, edycja zimowa. :D Tym razem Anita i Ewelina w ramach wyzwań proponują przeczytać książki:
  • z czymś czerwonym na okładce,
  • z listy 100 tytułów BBC,
  • szkolną lekturę, której wcześniej się nie czytało,
  • zdobywców nagród literackich,
  • pozycje wybrane dla nas przez inne osoby,
  • coś polskiego autora.
Dziewczyny jako jedno z wyzwań zakładają przeczytanie 1500 stron, ale ja, jak się domyślam, w natłoku zajęć z tym ostatnim nie podołam. Jednak przede wszystkim chodzi tu nie o przeczytanie 1500 stron, lecz o wspólną, wspaniałą czytelniczą zabawę.
Podczas poprzedniej bawiłam się wspaniele, więc i tym razem tak będzie. :))
Was zapraszam na


 a sama powoli kompletuję stosik na czytelniczą gratkę w dniach 30.11 – 06.12.2015 r.


To jak? Przyłączacie się do zabawy? :))

Napiszcie koniecznie, która z informacji zamieszczonych w tym poście zaciekawiła Was najbardziej. Skorzystacie z którejś propozycji? :))

Ślę Wam wszystkim cieplutkie pozdrowienia! :))


niedziela, 1 listopada 2015

"Love, Rosie" - recenzja doskonałej lektury do poczytania w święto Wszystkich Świętych

"Love, Rosie" Cecelii Ahern to druga powieść autorki, którą miałam przyjemność przeczytać. Książka "P.S. Kocham Cię" zrobiła na mnie ogromne wrażenie i w najbliższym czasie na blogu pojawi się jej recenzja. Najpierw jednak "Love, Rosie".
Dzięki modnej od jakiegoś czasu tradycji Haloween wiele osób namawia do czytania w obecnym czasie historii potwornych, budzących w czytelniku grozę. Ja nie przepadam za tego typu literaturą. Ponad to święto Wszystkich Świętych i Zaduszki – to dla mnie czas wyciszenia, odpoczynku, wspomnienia bliskich, których już nie ma wśród nas, kontaktu z tymi, których towarzystwem możemy się jeszcze cieszyć, zastanowienia się nad swoim życiem oraz wyznawanymi wartościami – dlatego ja do przeczytania polecam Wam teraz właśnie "Love, Rosie".


Właśnie skończyłam czytać tę uroczą historię i choć czytałam ją przez dłuższy czas, w przerwach na zapoznawanie się z innymi lekturami, i choć początkowo traktowałam ją obojętnie – gdy przysiadłam przy niej chwilę dłużej – porwała mnie.
"Love, Rosie" to przepiękna i wzruszająca książka o miłości i przyjaźni. Powieść o życiu, o tym, jak plotą się jego koleje, o marzeniach, dojrzewaniu, przemijaniu. Nie wiem, jak mężczyźni, ale na pewno każda kobieta odnajdzie w tej historii siebie – siebie dwudziesto-, trzydziesto-, a może czterdziestoletnią. I nie mam tu na myśli głównego wątku – wielkiej miłości do chłopaka, mężczyzny. Chodzi o kolejne etapy istnienia, pewną dojrzałość lub jej brak, spostrzeganie rzeczywistości w różnych momentach życia.
Sam wątek Rosie i Alexa zakochanych w sobie, przez lata poszukujących do siebie drogi – nie przekonuje mnie jakoś szczególnie, podobnie jak przyjaźń kobiety z mężczyzną, gdy jedno z nich lub oboje pozostają w innym/innych związku/związkach. Wiadomo, że kiedy w związku pojawiają się kłopoty, a na wyciągnięcie ręki jest przyjaciel płci odmiennej, wydaje się on bardziej wyrozumiały, szczery, opiekuńczy itd., w przeciwieństwie do "oddalającego się od nas" partnera, który w tym układzie traci "kolejne punkty". Zazwyczaj też w takim układzie przynajmniej jedno z "przyjaciół" zaangażowane jest uczuciowo. Tak postrzegam to ja, pozbawiona złudzeń co do przyjaźni damsko – męskiej "starowinka". ;)
Sam rozwój wątku dotyczącego historii głównych bohaterów też mógł być całkiem inny, niż opisany. Może gdyby nasi bohaterowie zostali parą wcześniej – okazało by się, że zawodzą się wzajemnie i wcale nie tworzyliby tak cudownej pary, jak im się wcześniej wydawało. Zakończenie książki także nie przekonało mnie do końca, choć wzruszyłam się czytając je i nie wykluczam, iż historia taka mogłaby mieć miejsce.
Ujął mnie za to wątek przyjaźni dwóch kobiet: Rosie i Ruby. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie opowieści o macierzyństwie, rodzinie, dojrzewaniu i przemijaniu – naprawdę nakłaniają do przemyśleń. Za istotne uważam też wątki o marzeniach oraz dążeniu do ich realizacji. W książce można odnaleźć wiele pięknych przemyśleń.
Denerwowało mnie, gdy Alex, nie tylko jako dziecko, ale również jako dorosły już mężczyzna, parający się poważnym zawodem, w różnorakich wiadomościach pisemnych rzucał swoje "wjem", zamiast "wiem". Wyrażenie to mogło wydawać się urocze, gdy był chłopcem, ale nie w wieku lat dwudziestu, trzydziestu... Zdaję sobie sprawę, że innym osobom może to nie przeszkadzać, ale mnie szczerze irytowało.

Książka pisana jest w dość nietypowy sposób, albowiem jest to zbiór: maili, listów, sms-ów, kartek okolicznościowych, czy artykułów z gazet, dość łatwo jednak zrozumieć można jej treść. Ja, mimo takiego stylu książki, po ukończeniu czytania odbieram ją jako powieść.
"Love, Rosie" pełna jest emocji. Niby opowiada o codzienności, raczej pozbawiona jest nagłych zwrotów akcji, nie trzyma w napięciu, a jednocześnie wyzwala w czytelniku mnóstwo uczuć. Poznając jej treść uśmiechałam się, czasem śmiałam w głos, wzruszałam, a nawet uroniłam łzę. Właśnie dlatego, pomimo moich zarzutów do głównego wątku, a chwilami i samej historii – uważam, iż jest to cudowna, warta zapoznania się z jej treścią, książka. :))


A Wy już czytaliście to czytadło? Jak je oceniacie? Może macie je w planach, albo jest to lektura kompletnie Wam obojętna?
Moje zdanie na temat przyjaźni damsko – męskiej znacie. A Wy, co sądzicie o takiej długoletniej przyjaźni podczas gdy pozostaje się w związkach z innymi osobami? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii. :)


piątek, 23 października 2015

"Morderstwo na Korfu" - moja recenzja kolejnej książki autora.

"Morderstwo na Korfu" to druga już powieść dziennikarza i "kryminalisty" w jednej osobie – Alka Rogozińskiego.

 
Na tę książkę czekałam z ogromną niecierpliwością, zwłaszcza, że "Ukochany z piekła rodem" (pod tym linkiem znajduje się recenzja) wprawił mnie w doskonały nastrój, a oprócz tego autor postanowił sprezentować książkę niektórym blogerom – w tym mnie. Żaden pisarz mnie dotąd tak nie uszczęśliwił. :D Ale do rzeczy!

Bardzo popularna pisarka romansów po śmierci swojego kochanka i przeprowadzonym dochodzeniu postanawia odpocząć. Oderwać się od stresów, zrelaksować i napisać w końcu powieść, na którą już dość niecierpliwie oczekuje wydawca. A na urlop i relaks najlepiej wybrać się, śladami Alka Rogozińskiego, na Korfu oczywiście. :D
Jak łatwo się domyślić – niedługo udaje się Joannie cieszyć ze spokojnych wakacji. Zamordowany bowiem zostaje właściciel pensjonatu "Villa Zeus", w którym zamieszkała pisarka. Okazuje się też, że większość gości hotelowych zna się z poprzedniego turnusu wakacyjnego i mordercą jest jedno z nich. Nasza bohaterka natychmiast dzwoni do swej najlepszej przyjaciółki i menedżerki, by ta przybyła jej z pomocą. Betty bardzo chętnie pomogłaby Joannie, ale broni się przed podróżą samolotem, gdyż taką drogę traktuje niemal jak wyrok śmierci. Ostatecznie oczywiście zjawia się na Korfu i wraz z pisarką poszukują wśród gości pensjonatu mordercy Stefanosa.
Książka praktycznie "czyta się sama". Odłożyć ją na bok, choćby na krótko, to prawdziwe wyzwanie. Ja postanowiłam dawkować ją sobie niewielkimi partiami, aby jak najdłużej móc się nią cieszyć, ale gdyby nie półtoraroczna córeczka i awaryjne sytuacje (które na szczęście czasem się pojawiały) pochłonęłabym ją w jeden dzień. Dzięki tym niedogodnościom natomiast przedłużyłam sobie obcowanie z lekturą do czterech dni. :D
Obawiałam się, że popadnę w depresję, gdy to cudo się zakończy. ;D Na szczęście myliłam się. Gdy przeczytałam ostatnie słowa powieści do końca dnia uśmiech nie znikał mi z twarzy.
Ta powieść to doskonały antydepresant. Kawa lub herbata, ciepły koc i "Morderstwo na Korfu" to rewelacyjne połączenie na jesienne dni. A jeśli ktoś akurat jest w doskonałym humorze? Dzięki Alkowi Rogozińskiemu pozostanie w nim jeszcze dłużej. Pamiętam, gdy autor napisał, iż "Morderstwo ..." jest mniej śmieszne niż poprzednie jego czytadło. Nie miał racji! Charakteruzuje je ogromne poczucie humoru. Momentami śmiałam się w głos i dłuższy czas mijał nim mogłam skoncentrować się na dalszej leturze. Ale jak tu nie parsknąć śmiechem, gdy czytamy teksty typu: 
"-Ile ona może mieć lat? Pewnie po czterdziestce... Próchno!"
Szczególnie śmieszne, gdy się "powoli" tej czterdziestki dobiega. :D
A co powiedzieć, gdy humor ten nawiązuje do współczesnego świata – świata kultury, sztuki, ciekawych osobowości? To jest dopiero fenomen! :))
Sami oceńcie:
"Ja lubię muzykę, przy której człowiekowi robi się wesoło, można sobie potańczyć albo potupać nóżką. Weekend, Niecik, Masters..."
"Czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego wyglądasz jak Majka Jeżowska, której boćki uwiły na głowie gniazdo?"
Do tego dorzucić można wspomniane w książce "wypierdki Merkel" czy sąsiadkę podglądającą karesy Betty i Krzysztofa przez oko wizjera "z taką uwagą jak Sauron wojska Aragorna we Władcy Pierścieni" oraz mnóstwo innych zabawnych tekstów, a dobry humor jest po prostu gwarantowany.

Mój opis wskazywać mógłby na to, iż mamy tu do czynienia wyłącznie z komedią. Otóż... nie dajcie się zwieść – "Morderstwo na Korfu" to też ciekawy kryminał. 


Autor uknuł wspaniałą intrygę. Zabójstwo właściciela hotelu przez jednego z jego gości i aż dwunatu podejrzanych. Wśród nich prawdziwa feria osobowości.
Po raz kolejny składam wielkie pokłony autorowi za spis postaci umieszczony na pierwszych stronach książki. Bez niego, ja nierozgarnięta, kompletnie bym się pogubiła. :D
Fantastycznym pomysłem było ukazywanie fragmentów rozmów oraz myśli potencjalnych sprawców śmierci Stefanosa, bez konkretnego wskazania o kim aktualnie jest mowa. Dzięki niemu czytelnik (ja patrząc w spis postaci) zaczyna główkować i snuć domysły na temat przedstawionych osób oraz potencjalnego mordercy właściciela pensjonatu. Ciężko było mi się połapać, gdy ciągiem były wymieniane postacie oraz ich ewentualne motywy popełnienia zbrodni. Ale dzięki wspomnianemu spisowi oraz przenikliwości babskiego umysłu ;D i z tym sobie poradziłam.
Autor doskonale rozbudzał moją ciekawość, dzięki czemu pragnęłam poznać dalszą część historii, kolejne motywy, rozmowy, wydarzenia, które doprowadzić miały do wykrycia sprawcy. I tu przenikliwość mojego babskiego umysłu nie pomogła. :D
Pewnie bystrzejsza osoba wykryłaby mordercę. Ja byłam zaskoczona, szczególnie gdy rozwiązanie zagadki okazało się niemal oczywiste. Tym większe wrażenie wywarł na mnie wątek kryminalny przedstawiony w opowieści.

Pisarz porusza tak wiele wątków dotyczących świata współczesnego, iż jego książkę należaloby zakopać w "kapsule czasu" (czy jak to tam nazwać ;) ) wraz z innymi pamiątkami z naszego okresu. Dzięki jej wykopaniu po wielu latach (np. w 2222 r.) młode pokolenie lub obcy, którzy wylądują na naszej planecie (ponosi mnie? ;D ) – mogliby dowiedzieć się wiele o obecnych czasach.

 Zasiadając do letury postanowiłam poszukać w niej wątków do których można by się przyczepić (ostatnio mam taką niezdrową pasję :D ) i... znalazłam. Otóż... Joanna nie mogła kiedyś oddać swej powieści wydawcy, ponieważ przechodzący nad jej domem halny zamienił się nagle w trąbę powietrzną "zerwał dach nad jej głową i porwał sto pięćdziesiąt kartek Pokuty Klementyny". Cud, że nasza pisarka obserwując odlatujące kartki "wraz z resztkami dachu i wirującym niczym w pralce poszyciem leśnym" uszła z tego cało. :D
Jest jeszcze jeden drobiażdżek, ale jeśli chcecie go poznać – poszukajcie w książce sami. ;)


Drogi A.!
Dziękuję za kolejną Twoją powieść. Jest wspaniała!
Mam tylko jedno pytanie związane z jej treścią. Jak umalowany jest transwestyta w Haloween? :D No i jeszcze mała uwaga. Pozwolę sobie przytoczyć fragment książki:
"Od kryminałów to jest Puzyńska i Jodełka. I starczy."
Śmiem się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. A Bonda? A Mróz? A Rogoziński?
W razie pytań dotyczących Twej kolejnej powieści – służę dobrą radą. :D

Książkę polecam gorąco... wszystkim!

A Wy mieliście już przyjemność przeczytać jakieś dzieło Alka? Jakie są Wasze wrażenia z lektury? Koniecznie podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach. :))


niedziela, 18 października 2015

Sierpniowe i wrześniowe zdobycze książkowe ;)

Przychodzę dziś do Was, by podzielić się zdobyczami, które wzbogaciły moją biblioteczkę w sierpniu oraz we wrześniu. Solennie przyrzekałam sobie (co zresztą od jakiegoś czasu robię co miesiąc), iż nie będę kupowała więcej książek, ale wobec tych tytułów nie mogłam przejść obojętnie. ;) Zresztą zdobyłam je w niskich cenach, a niektóre pochodzą z wymian, więc ostatecznie i tak jestem z siebie zadowolona.

Tak prezentuje się mój stosik zdobyczy sierpniowych.


"Zakochać się" to zdobycz Biedronkowa. Jestem bardzo ciekawa tej pozycji, gdyż książka Cecelii Ahern, którą miałam przyjemność przeczytać wcześniej, a mianowicie "P.S. Kocham Cię"  (recenzja wkrótce) ogromnie mi się spodobała, a obecnie podczytuję "Love, Rosie". :)
"Dom zbrodni", "Kwiaty na poddaszu" i "Chustka" pochodzą z wymian książkowych i są to pozycje których poszukiwałam. Pamiętajcie.. nie zawsze trzeba wydać fortunę, aby zdobyć naprawdę świetne książki. :))
"Poradnik dla blogerów" i "Perfekcyjny dom" wyszukałam w koszu w Tesco, w ogromnej przecenie książkowej. Za pierwszą zapłaciłam 3 zł, a za drugą 8 zł.

We wrześniu wzbogaciłam się zaś o następujące tytuły. ;)


"Karaibska tajemnica" to kolejna pozycja z facebookowej wymiany książkowej. Jestem ogrooomnie ciekawa twórczości Ahaty Christie. :))
"Lato w Jagódce" Katarzyny Michalak upolowałam w sklepiku prasowym. Co miesiąc kupuję interesujące mnie tytuły z kolekcji. Są niedrogie (kosztują jakoś niespełna 13 zł za sztukę) i lubię tę pisarkę, choć język jej wytworów nie jest jakoś szczególnie górnolotny, a romantyczne sceny czasem przesłodzone są aż do mdłości. Jednak w historie opowiadane przez autorkę wpadam całą sobą i trudno mi się od nich oderwać. Ponad to żaden pisarz dotąd nie wywołał u mnie takiego potoku łez jak pani Kasia opowiadając swoje historie.
Trzy pozostałe pozycje pochodzą z... Biedronki oczywiście. Śmieję się ostatnio, że Biedronka to moja ulubiona księgarnia. :D
Pierwszą część Sherlocka miałam już przyjemmność przeczytać. Jeśli jesteście ciekawi moich wrażeń zapraszam na recenzję


Która pozycja Wam wpadła w oko? Koniecznie napiszcie też, jakie spośród nich czytaliście i jakie są Wasze wrażenia z lektury? :))


środa, 14 października 2015

Arthur Conan Doyle zyskał kolejną fankę - moja recenzja "Studium w szkarłacie" :)

Biedronka zaskakuje nas kolejnymi promocjami książkowymi, gdy więc pojawiła się okazja zakupu trzech, wspaniale wydanych, ciekawych czytadeł za jedyne 26 zł – nie zastanawiałam się długo i pomknęłam do "źródła rozpusty książkoholików". ;D Musiałam zdecydować się jedynie na trzy książki, więc wybranie ich zajęło mi sporo czasu. W końcu podjęłam decyzję o nabyciu dwóch części przygód Sherlocka Holmesa (wiele o nich słyszałam i uważam, że warto czasem sięgnąć po klasykę) oraz "Sześć córek", wydanych przez Świat Książki w ramach serii dla kobiet "Leniwa Niedziela".


Sherlock Holmes wydawał się wspaniałą lekturą "do torebki" i zastanawiałam się, czy warto kupić też trzecią dostępną część jego przygód – więc zaczytanie rozpoczęłam właśnie od niej.

 
Do "Studium w szkarłacie" zaglądałam w każdej wolnej chwili i tak wciągnęłam się w jej treść, iż trudno było mi się od niej oderwać. Z przyjemnością poznawałam dokotora Watsona oraz Sherlocka Holmesa i przypominałam sobie, jak w dzieciństwie oglądałam serial o nich wraz z rodzicami i rodzeństwem. Jako małolata uwielbiałam filmowego Sherlocka, i tego książkowego też pokochałam całym serduchem.
Szczególnie podobała mi się przenikliwość jego umysłu, gdy na podstawie pierwszego wrażenia odgadywał zawód, pochodzenie, czy przeżyte przez daną osobę doświadczenia oraz gdy po dokładnych oględzinach miejsca zbrodni i ciała denata stwierdzał, jak np. w "Studium w szkarłacie":
"-Popełniono tu morderstwo, a mordercą był mężczyzna. Miał ponad jeden metr osiemdziesiąt wzrostu. Był to młody człowiek o wyjątkowo małych stopach jak na swój wzrost, miał na sobie buty nie najlepszej jakości o kwadratowo wykończonych czubkach i palił indyjskie cygaro. Przyjechał tutaj wraz ze swoją ofiarą w dorożce czterokołowej, do której zaprzężony był koń z trzema zużytymi podkowami i jedną nową na przednim zewnętrznym kopycie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa morderca miał rumianą twarz i stosunkowo długie paznokci prawej dłoni."
Jeszcze ciekawsze okazywały się poszlaki na podstawie których Holmes wyciągał określone wnioski.
Rozbawił mnie natomiast jego tekst na temat pojemności ludzkiego mózgu.
-"Uważam, iż mózg człowieka to małe, puste pomieszczenie, które powinieneś umeblować przedmiotami wg swojego wyboru. (...) Błędem jest myśleć, że to niewielkie pomieszczenie ma elastyczne ściany, które mogą rozszerzać się do każdego rozmiaru. Pamiętaj, że nadchodzi taki moment, kiedy po to, by wprowadzić jakąś dodatkową wiedzę, musisz zapomnieć coś, co wiedziałeś przedtem. Dlatego sprawą najwyższej wagi jest, aby nie przechowywać w mózgu żadnych zbędnych wiadomości, które wypychają inne przydatne fakty."
Opowieść o Watsonie, Sherlocku i wykrywaniu sprawcy morderstwa wciągnęła mnie bardzo, a tu nagle Arhur Conan Doyle całkowicie zmienił kierunek i styl powieści. Nie bez przyczyny, jak się później okazało. :)
Druga część książki to fascynująca opowieść przygodowa z wątkiem miłosnym. Dech zapierało mi w piersiach, gdy poznawałam historię Johna i Lucy Ferrier, a jeszcze bardziej, gdy dołączył do nich Jefferson Hope. Nagle znalazłam się na pustyni, wśród ludu mormonów. Akcja książki nabrała zawrotnego tempa i pochłonęła mnie jeszcze bardziej, niż jej pierwsza część, która pozbawiona była wartkiego biegu, a jednak charakteryzowała się tak szczególnym stylem, że z bólem odkładałam jej czytanie na później.
Czytanie drugiej części książki skończyłam niedługo po jej rozpoczęciu. Nie mogłam odłożyć jej – dopóty nie poznałam zakończenia opowieści. Arthur Conan Doyle trzyma czytelnika w wielkim napięciu, co rusz zaskakując go i fascynując kolejnymi zwrotami akcji. Autor stworzył wspaniały kryminał, w którym przedstawił barwne postacie i, w moim odczuciu, pokazał niepowtarzalny styl i kunszt pisarski, a najlepszą rekomendacją dla książki niech stanie się fakt, że mimo zarzekania się, iż już nie kupię we wrześniu żadnej lektury – sięgnęłam jednak na półkę po jej trzecią część. :))


A Wy? Spotkaliście się już z twórczością Doyle'a? Co czytaliście i jakie były Wasze wrażenia z lektury? A może, tak jak i ja, pamiętacie i z rozżewnieniem wspominacie wspaniały serial o Sherlocku?


Napiszcie o swoich wrażeniach w komentarzach. Zawsze jest mi bardzo miło, gdy dzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami. :))


piątek, 9 października 2015

Prezent od autora (Alka Rogzińskiego)

Dziś przybywam do Was z krótką, ale za to przepyszną informacją. Otóż... Alek Rogoziński spełnił swoją obietnicę... i przesłał mi w końcu (myślałam, że czekając z butów wyskoczę) ten oto smakowity kąsek.

 
I już płakać mi się chce, bo usiadłam na chwilę do książki, a tu nagle okazało się, że jestem na 70-tej stronie. Zdarzył się Wam kiedyś kac książkowy, kiedy zaledwie zaczęliście czytać książkę? A kiedy jeszcze nie mieliście jej w rękach? Mi już płakać się chce, że książka Alka za chwilę będzie za mną. I znów nie wiem ile przyjdzie czekać mi na kolejną część. I znów przebierać będę nogami wyczekując kolejnego smakołyku spod pióra autora, a dech w piersiach będzie odbierało to napięte oczekiwanie. Za duży stres, a w tym wieku to już chyba niewskazane. ;D

W powieści znalazła się wspaniała dedykacja. Zaserduszkowałabym pisarza za nią, ale mąż mógłby być zazdrosny. :D


Wyobraźcie sobie, że to jeszcze nie koniec szczęścia, które mnie spotkało z okazji wydania "Morderstwa na Korfu". Ten facet (A.! To wyłącznie w pozytywnym sensie. ;D ) zrobił coś, z czym nigdy wcześniej się nie spotkałam. Podziękował blogerom. W cudowny sposób. :))


I tu, wśród blogów, prawdziwych perełek, znalazł się i mój skromny zakątek.


I co ja teraz mogę powiedzieć? Chyba. Ogromnie dziękuję, drogi Alku. :))) I brakuje mi już chyba tylko zakładki do książki z zapowiedzią Twojego kolejnego dzieła. Ach! I ja wiem, że Natasza Socha to prawdziwy kąsek na okładkowe rekomendacje, ale ja też bym się nadała. :D

Jednak uwaga! Mimo tych wszystkich cudownych niespodzianek od autora książkę postanowiłam potraktować na warsztacie krytycznie. Chociaż... obawiam się, że... pisarz tej krytyki bać się nie musi. On po prostu wymiata. Ale pamiętajcie... jestem krytyczna.... jestem krytyczna... tylko jak tu z takim bananem na ustach odnaleźć te krytyczne momenty. :D

Tymczasem odsyłam Was do mojej nietypowej recenzji pierwszej książki autora, a sama wracam już do hotelu na Korfu.



wtorek, 29 września 2015

"Rosół z kury domowej" - moja recenzja przepysznej lektury.

Ostatnio czytam kilka książek jednocześnie. Dlaczego? Bo jest ich tak wiele i są tak świetne, że nie sposób wiecznie odkładać ich lektury. "Florystkę" Katarzyny Bondy (która zapowiada się niesamowicie, ale wymaga sporej koncentracji) przeplatam z "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę" (stawiającą do pionu w trudniejszych chwilach) oraz "Małym Księciem". Kiedy jednak w Biedronce upolowałam "Rosół z kury domowej" Nataszy Sochy i poczułam potrzebę przeczytania czegoś lżejszego i dowcipnego zarazem – od razu przystąpiłam do jej czytania. Minęło kilka dni i, mimo wielu innych zajęć zaprzątających głowę, lekturę zakończyłam. Cóż... zrobiło mi się smutno z tego powodu, bo chciałabym więcej. Planuję, iż może uda mi się dorwać w niedługim czasie "Maminsynka" tej autorki, na którego poluję lub inną podobną zabawną lekturę. Tymczasem czekam jeszcze na "Morderstwo na Korfu", które przesłać ma mi sam jej autor – Alek Rogoziński, i która łącząc w sobie kryminał i humor – na pewno zapewni mi kolejnych kilka radosnych dni. I pewnie znowu za szybko się skończy. Ech...
Ale dość już tej paplaniny. Do rzeczy! :) 


"Rosół z kury domowej" to pierwsza książka Nataszy Sochy, która wpadła w moje ręce i choćbym nie chciała przyznać muszę, iż to wartościowa, pełna humoru, a jednocześnie bardzo prawdziwa powieść, którą pożera się w mgnieniu oka, z zaciekawieniem śledząc losy czterech sympatycznych "kur domowych". Właściwie jednej przeszłej już, gdyż mąż podziękował jej "za współpracę" albowiem sam zakochał się w niejakiej Annie, dla której gotowanie i sprzątanie to mrzonki. To jednak nie koniec nieprzyjemności, które spadają na naszą perfekcyjną panią domu, albowiem jej matka, zamiast wspierać dziewczynę – zaczyna zarzucać ją pretensjami, jak Wiktoria mogła w taki sposób zburzyć jej spokojny, bezpieczny i poukładany świat. Słuchając żali matki Witktoria postanawia opuścić Polskę i pojechać na niemiecką wieś do swojej ciotki Klary, która "...była siostrą matki i osobą tak kompletnie od niej różną, że Wiktorii ciągle trudno było uwierzyć, że obie mają te same geny. Zdaniem matki, geny ciotki Klary uległy zmutowaniu już w okresie prenatalnym, dlatego też nigdy nie potrafiły odnaleźć wspólnego języka. Kiedy ich stopień nieporozumienia sięgnął zenitu, Klara bez słowa wyjechała do Niemiec, gdzie rozpoczęła zupełnie nowe życie. Bez udziału rodziny, za to z takim pożegnaniem:
-W głowie się nie mieści, ile rzeczy muszę mieć przez was w dupie."

Nasza bohaterka świetnie zdaje sobie sprawę z faktu, że jej wyjazd do Niemiec to ucieczka. "I to nawet nie przed mężem (niedługo byłym), który okazał się spodlonym przedstawicielem swojego gatunku, ani nie przed jego nowym obiektem miłości. Była to raczej ucieczka przed palącym wstydem, który uświadomił Wiktorii jedno – jest ofiarą. Niestety na własne życzenie."
Dodatkowo sam język niemiecki "był ostatnim, który jej się choć odrobinę podobał. Uczyła się go wprawdzie i w liceum, i na studiach, ale po kilku latach postanowiła całkowicie wyprzeć go ze swojej głowy, ponieważ brzmiał twardo i groźnie (co nie znaczy, że całkiem go zapomniała). Wiktoria wychowana na Stawce większej niż życie oraz Czterech pancernych i psie, doskonale wiedziała, że Niemiec jest największym wrogiem Polaka, a dźwięki, które z siebie wydobywa, są wulgarne, ostre i niebezpieczne. Kiedy w liceum dowiedziała się, że na coś tak delikatnego, zwiewnego i ulotnego jak motyl w Niemczech mówi się Schmeterling, na dodatek z charkoczącym naciskiem na 'r', zrozumiała, że jej niechęć jest jak najbardziej uzasadniona i słuszna." 

Jak łatwo się domyślić, szczęśliwie osoby z którymi spotyka się Wiktoria poza granicami Polski, w większości okazują się całkiem przyjazne. Szczególna przyjaźń zaczyna łączyć ją z trzema "kurami domowymi": Judith, Marą i Leą. Razem postanawiają wprowadzić w swoje życie ciekawy projekt, który ich życie przewróci do góry nogami.

Oczywiście cała historia nie miałaby miejsca gdyby nie zniewolenie, które zafundowali bohaterkom powieści ich mężowie. Początkowo czepiałam się, iż panowie opisani w książce za każdym razem okazują się zakompleksionymi wiecznymi chłopcami lub durniami po prostu. "Co za przewrażliwianie" – myślałam. Koniec końców okazało się na szczęście, że nie wszyscy przedstawieni w tomiku mężczyźni są tempymi palantami. :D I przyznać musiałam, że portrety psychologiczne mężów naszych bohaterek są bardzo ciekawe i niestety takich pseudo-mężczyzn można spotkać współcześnie. Podobnie, jak kobietom zdarza się popaść w zniewolenie od palantów, którym zależy tylko na tym, by ich "baba" perfekcyjnie zajmowała się domem, dziećmi, nie miała własnego zdania i tylko swemu "panu" przyklaskiwała na każdym kroku. Czytając książkę – cieszyłam się ze swego braku perfekcjonizmu oraz pracy, która każdą kobietę w pewien sposób czyni jednak niezależną. :D
Wszystkie postacie w książce opisane są tak wspaniale, że trudno przejść obok nich obojętnie. Nietóre szczerze polubiłam, innych nie mogłam znieść, a niejakiego Wunibalda osobiście najchętniej na pal bym nabiła. :D

Ostatnio pasjami wyszukuję głupot w najbardziej polecanych książkach. Tak było i tym razem. I znalazłam całostronicowy tekst o tym, w jaki sposób ludzie jedzą jabłka, a pod nim 'głęboką' myśl "... nie ma na świecie dwóch osób, które w identyczny sposób jadłyby jabłko".
O matko! - myślałam. Cóż za niesamowity wywód. ;D Im bardziej jednak zagłębiałam się w treść książki, tym mniej przeszkadzały mi opisy dotyczące zasad perfekcyjnego sprzątania, działania dzięgla bądź muchomora sromotnikowego na organizm ludzki, czy w końcu anatomiczny opis piersi. Ostatecznie opisy te nie znalazły się w książce przez przypadek, a wręcz dopełniły jej treści. :)
Czytadełko przepełnione jest humorem, ale możemy w nim znaleźć też wiele mądrości życiowych. Oto niektóre z nich:

"Każdy człowiek musi być chociaż przez chwilę sam. To konieczne dla naszego zdrowia psychicznego. W życiu powinno być miejsce na wszystko: rodzinę, dom, ale też na własne hobby."

"Nie chodzi o to, żeby było idealnie w życiu. Idealność jest nudna. Ważniejsze jest znalezienie równowagi w całym tym chaosie. Swojej własnej równowagi."

"To, jak postrzegamy same siebie, autoamtycznie rzutuje na ocenę otoczenia."

Innych godnych uwagi cytatów, także tych dotyczących życia erotycznego, bardzo cennych moim zdaniem – poszukajcie w książce sami.

Dodatkowo w czytadełku znaleźć można kilka przepisów kulinarnych na słodkości. Palce lizać! :))

"Rosół z kury domowej" polecam wszystkim: kobietom, mężczyznom, osobom pozostającym w związkach, a także samotnym. W tej powieści każdy znajdzie coś dla siebie. Szczególnie zachęcam ją do czytania na poprawę humoru w jesienne dni i wieczory.


A Wy? Czytaliście już tę książkę? A może jakąś inną lekturę Nataszy Sochy? Koniecznie napiszcie o swoich wrażeniach. :))