środa, 15 listopada 2017

Wspaniała paczuszka. Chwalę się. A co! ;)

Kilka dni temu na fanpage'u Mamuśkowe Czytanie napisałam:
"Marzy mi się 'Pudełko z marzeniami' Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego, bo lepszego pisarskiego duetu nie mogę sobie wyobrazić. Tymczasem takie cudeńko dostałam od Alka. Dziękuję z całego ."




Alek Rogoziński to autor, którego pierwszą książkę wygrałam w konkursie na profilu Książka zamiast kwiatka i sam, debiutujący wówczas, twórca wybierał zwycięzców. Do dnia dzisiejszego pamiętam ten konkurs. To jedyny pisarz o którego książce opinię napisałam w formie listu i miałam ogromną przyjemność podczas jej tworzenia. Nie musiałam zastanawiać się, co pisać o "Ukochanym z piekła rodem" (moja opiniasłowa z mego umysłu niemalże spływały za pomocą rąk na klawiaturę komputera. To również jedyny autor w którego spotkaniu autorskim uczestniczyłam (a to dzięki mojemu kochanemu mężowi,  który zauważył jak lubię te publikacje).
Aleksander wydał już 5 książek, a ja wytrwale śledzę każdą jego premierę. Uśmiech nie schodzi mi z gęby, gdy trafia do mnie kolejna książka o szczególnej wartości, bo uzupełniona o autograf pisarza.

Na twórczość Magdaleny Witkiewicz nie było trudno trafić. Gdy zaczęłam tworzyć bloga, więcej czytać, odwiedzać portale książkowe – dość szybko dowiedziałam się o pisarce. Zanim jednak sięgnęłam po jej powieści minęło trochę czasu. Dokładnie rok temu w listopadzie na blogu pojawiła się moja pierwsza recenzja jej książki. Była to pozycja "Szkoła żon" (moja opinia). Książkę czytało mi się lekko i przyjemnie. Podczas lektury całkowicie oderwałam się od trosk dnia codziennego. Przepadłam w przedstawionej przez pisarkę historii. Do dnia dzisiejszego przeczytałam 5 książek Magdaleny Witkiewicz i czas spędzony przy każdej z nich mijał mi bardzo miło i... za szybko. Moje serce całkowicie zdobyła jedna z nowszych pozycji – "Czereśnie zawsze muszą być dwie" (moje odczucia). Zanim jednak to serce zdobyła książka w pierwszej kolejności skradła mi je sama autorka. Dzięki obecności w facebookowym Magicznym Miejscu miałam szczęście poznać pisarkę jako fantastyczną, empatyczną, otwartą, wrażliwą i ciepłą osobę. Dodatkowo dzięki Magdalenie niejednokrotnie miałam odczucie zaistnienia magii w moim życiu. :)))

Nie wiem od kiedy dokładnie Alek i Magda tworzą przyjacielski duet, ale uwielbiam oglądać ich wspólnie nagrywane filmiki i zazdroszczę wszystkim, którzy mieli przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim z tą dwójką. Kiedyś i mnie to czeka. ;) Tymczasem chciałam, aby duet ten stworzył wspólną powieść. Gdy to się stało oczywiście zapragnęłam mieć to cudo u siebie! I oto... trzy dni po napisaniu na moim fanpage'u wiadomości z początku tego posta – otrzymałam niesamowitą przesyłkę. Sami zerknijcie...



Po raz kolejny poczułam magię... tym razem magię Świąt. Od dwóch dni cieszę się jak dzieciak. :D



W środku oczywiście znajduje się cudnie zapakowana książeczka. I pierwszy raz mam dylemat. Chciałabym natychmiast zerwać opakowanie i dobrać się do środka paczuszki, a z drugiej strony – nie mam serca niszczyć tak cudownie przygotowanej niespodzianki.
Dziękuję każdemu kto w jakikolwiek sposób przyczynił się do tego, aby to cacuszko trafiło w moje ręce. Magduś – za magię i za ten prezent, bo Ty byłaś chyba główną tego inicjatorką, Alku – za moje miejsce na Twojej specjalnej liście. Przy okazji dziękuję za Waszą twórczość i za to, że jesteście tak otwartymi, serdecznymi osobami. Dziękuję też Pani Kasi (jak się domyślam ;) ) z wydawnictwa Filia, osobie, która tak obłędnie opakowała ten prezent i wszystkim innym, którzy przyczynili się by ten podarunek trafił w moje ręce. Dziękuję z całego  .
Od 4 grudnia czeka mnie kilka niełatwych dni i specjalnie na ten czas planuję zachować lekturę tych dwóch skarbów. Lepsze samopoczucie wówczas mam gwarantowane. Jestem przeszczęśliwa!

Czytaliście już te książeczki? Koniecznie podzielcie się wrażeniami z ich lektury. 

poniedziałek, 13 listopada 2017

"Marzenia Kaliny. Małe tęsknoty" - początek serii książek Anety Krasińskiej

Dziś pragnę podzielić się z Wami wrażeniami po lekturze książki pisarki, której wszystkie tytuły zdążyłam poznać i o wszystkich pisałam na blogu. Wytrwale kibicuję Anecie Krasińskiej w jej karierze autorskiej i byłam ogromnie ciekawa jej najnowszej pozycji, dlatego ogromnie ucieszyłam gdy książka trafiła w moje ręce dzięki Pani Ani z wydawnictwa

.


Opis książki (pochodzący z jej okładki)

"W powieści przeplatają się ze sobą losy trzech bohaterek, które na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego. Są w różnym wieku i z odmiennym bagażem doświadczeń, mają zupełnie inne zainteresowania oraz usposobienie. Tym, co je łączy, jest pragnienie posiadania rodziny, którą utożsamiają ze szczęściem.
Kalina ma cudowną pracę, kochającego męża i własny dach nad głową. Wydawać by się mogło, że nic więcej nie potrzeba młodym ludziom do szczęścia. Nic bardziej mylnego...
Lena to nastolatka poturbowana emocjonalnie przez los, jaki zgotowali jej rodzice. Skrzywdzona przez najbliższych i osamotniona, staje się łatwym celem dla człowieka, który chce wykorzystać jej niewinność...
Elżbieta jest dojrzałą kobietą. W młodości spotkała mężczyznę, który odcisnął piętno na jej życiu. Dramatyczna decyzja dotycząca dziecka wciąż głęboko tkwi w jej podświadomości i nie pozwala normalnie funkcjonować...
Okrutny los drwi z kobiet, a feralny wypadek splata ich historie..."

Moje odczucia

"Marzenia Kaliny. Małe tęsknoty" to historia trzech zupełnie różnych kobiet (w tym jednej dziewczynki) wywodzących się z różnych środowisk, w odmiennym wieku, o innych zainteresowaniach. Kalina jest 32-letnią przedszkolanką i pozostaje w udanym związku małżeńskim z Kamilem. Od 5 lat jednak sen z powiek spędzają jej starania o upragnione dziecko. 50-letnia Elżbieta sprzedaje swoje obrazy oraz wisiorki, breloki i różnorodne amulety przynoszące szczęście. Kobieta w przeszłości przeżyła wielki zawód miłosny i do dnia dzisiejszego nie potrafi się po nim całkowicie pozbierać. Wciąż wspomina i przeżywa swą życiową porażkę. Lena to 13-latka mieszkająca w rodzinie zastępczej. Została odebrana nadużywającej alkoholu matce oraz niewydolnemu wychowawczo ojcu. Jej opiekunowie zastępczy – Halina i Paweł troszczą się o dziewczynkę, jednak zagubionej i nieufnej nastolatce trudno to zauważyć, a tym bardziej docenić. Każda z opisanych kobiet szuka swojego szczęścia w życiu.
Ogromnie spodobała mi się kreacja bohaterek. Aneta Krasińska doskonale oddała w swojej powieści rozterki kobiety pragnącej zajść w ciążę, mającej trudności z poradzeniem sobie z przeszłością oraz dojrzewającej, zagubionej w życiu, samotnej nastolatki. Rozterki tych pań mogą być nam zupełnie obce lub bardzo bliskie, możemy mieć problem ze zrozumieniem ich postępowania lub przeciwnie – rozumieć je całą duszą i odbierać niemal osobiście. Zależne jest to od naszych własnych doświadczeń, sytuacji życiowej, w jakiej się znajdujemy. Trudno jednak czytając książkę nie poczuć do jej bohaterek sympatii. Kalina, Elżbieta i Lena to kobiety takie jak my, odnoszące sukcesy i popełniające błędy, poszukujące swojego miejsca w życiu, dążące do szczęścia. Są dla nas niczym znajome, z którymi witamy się spotykając je na co dzień na ulicy, sąsiadki, czy nawet bliskie przyjaciółki. Podczas czytania wytrwale kibicujemy im w dążeniu do szczęścia.
Książka jest doskonale napisana, czyta się ją bardzo lekko i przyjemnie. Wraz z bohaterkami przeżywamy ich emocje. Świetnie, iż pisarka zdecydowała się opisać w jednej powieści losy aż trzech różnych bohaterek. Dzięki temu z ogromną ciekawością poznajemy kolejne wydarzenia z ich życia, a publikacja nieustannie intryguje nas swą różnorodnością.
Cały czas oczekujemy momentu, w którym losy bohaterek się ze sobą splotą. Uwierzcie mi, gdy nastąpi ten moment otworzycie szeroko usta ze zdumienia i wydobędzie się z nich mimowolne "Ale jak to?!", albo jakieś inne, mniej cenzuralne określenie. ;)
Ogromnie spodobała mi się mnogość wspaniałych myśli zamieszczonych w powieści. Oto ich maleńka próbka:

"... Życie często zdumiewa i to jest jego największą zaletą. (...) Sztuką jest umieć to docenić i czerpać z niego pełnymi garściami, by nigdy nie zazdrościć, że inni mają lepiej."

"...optymizm to największa z zalet człowieka. Ten, kto potrafi go w sobie odnaleźć i przez lata pielęgnować, jest w stanie przenosić góry."

"Jeśli coś ma dla nas wartość, powinniśmy nie bać się o to walczyć."

"Każdy dzień to zmaganie człowieka z przeciwnościami losu. Jego marzenia i rozterki przeplatają się ze sobą, tworząc ciasno splecioną pajęczynę, która sprawia, że chce żyć i wciąż podążać do celu. Czasem jednak pajęczyna zaczyna się rwać, a jej naprawa wymaga niebywałej zręczności i ogromu chęci."

Kiedy skończyłam czytać powieść byłam zszokowana. Nie mogłam uwierzyć, iż pierwszą część serii pisarka zakończyła w taki sposób. Wciąż trudno przyjąć mi to do wiadomości, a jak pomyślę, iż kolejna część "Małych tęsknot" ukaże się w bliżej NIEOKREŚLONYM czasie wprost "kipię" ze złości. Jednocześnie po lekturze mam poczucie, iż to będzie wspaniała seria i nie mogę doczekać się kontynuacji. Z całego serducha polecam!


A jak to jest z Wami? Czytacie początek serii, a później długo wyczekujecie na jej kontynuację? Jak radzicie sobie z oczekiwaniem na kolejne części? A może zaczynacie lekturę dopiero wówczas, gdy cykl jest ukończony? Czytaliście już "Marzenia Kaliny"? A może macie jej lekturę w planach? 

środa, 8 listopada 2017

"Opowieści makabryczne" Stephena Kinga - mistrz horroru, komiks i bojaźliwa mamuśka - to dopiero trio ;)

Dzięki Pani Katarzynie z wydawnictwa


otrzymałam możliwość sięgnięcia po mój pierwszy komiks dla dorosłych. Mało tego! Komiks ten dał mi możliwość zaznajomienia się z kolejną (po "Rolandzie") twórczością Stephena Kinga.



Czym ma zachwycić nas komiks Kinga? - opis pochodzi z okładki książki

"Czarny humor i rewia okruceństwa, w najlepszym stylu nawiązująca do komiksów z lat 50. - to właśnie czeka miłośników horrorów, którzy sięgną po Opowieści makabryczne.
Pięć opowiastek, w których bohaterów spotyka śmierć jak z najgorszych koszmarów. Cóż... każdy z nich zasłużył sobie na to, co go spotkało... Tak przynajmniej twierdzi Upiór, złośliwy narrator, który ma tylko jeden cel – dobrze się bawić.
Powstający z grobu zmarli, meteoryt spadający na Ziemię, potwór ukryty w skrzyni, zemsta zabitych kochanków i... karaluchy. Będzie krwawo, strasznie i zabawnie.
Przygotujcie się na przyjemny dreszczyk grozy!"

Moje wrażenia

Komiks "Opowieści makabryczne" po raz pierwszy został wydany w Stanach Zjednoczonych w 1982 r., a dopiero od niedawna (25.10.2017r.) możemy przeczytać go również w polskim wydaniu. Na podstawie komiksu nakręcony został film w reżyserii George'a A. Romero, ale choć po wydanie papierowe sięgnęłam bardzo chętnie – ekranizacji raczej nie obejrzę. ;)
W książce przedstawionych zostało pięć historii: "Dzień Ojca", "Samotna śmierć Jordy'ego Verrilla", "Skrzynia", "Jak pozostać na fali", "Lubią się podkradać". Jedne z tych opowiastek zaciekawiły mnie bardziej, inne nieco mniej, ale o żadnej z nich nie można powiedzieć że jest nudna albo przewidywalna.
Obawiałam się, iż komiks, ze względu na tematykę, może być przepełniony zbyt drastycznymi, przesadnie "krwawymi" rysunkami. Szczęśliwie moje wątpliwości okazały się nieuzasadnione. Ilustracje, choć niejednokrotnie przedstawiają drastyczne sytuacje, nie są nadmiernie i nienaturalnie makabryczne. Nie zaprzecza to jednak temu, iż zarówno opowieści, jak i ryciny – niejednokrotnie mogą przyprawić czytającego o dreszcze na ciele.
Jeżeli, podobnie jak ja, jesteście szczególnie bojaźliwymi jednostkami i z tego powodu niepokoicie się, czy sięgnąć po publikację – odłóżcie swoje wątpliwości na bok. Czytając komiks ani przez moment nie zostaniecie sami. Od pierwszych stron towarzyszył Wam będzie pewien szczególny osobnik – Upiór, zwracający się do Was czułym słówkiem "dzieciaczki" i dodający historii mnóstwo wspaniałego, czarnego humoru. Gorzej, gdy w trakcie chichotania nad komiksem przyjdzie Wam do głowy spojrzeć na jego okładkę. ;)


I mały smaczek na koniec. ;)









A Wy? Czytujecie komiksy? Ciekawi jesteście "Opowieści makabrycznych"? A może czytaliście jakąś książkę Kinga, która mnie, jako szczególnie bojaźliwego czytelnika nie przyprawiłaby o zawał i możecie ją polecić? ;)  

niedziela, 5 listopada 2017

Wielka akcja czytelnicza - wydaj z Moondrive "Trzy mroczne korony" Kendare Blake

Pamiętacie wielką akcję z "Illuminae"?
Wydawnictwo Otwarte wpadło na pomysł wydania w Polsce "Illuminae" z pomocą chętnych czytelników. Zainteresowane tym tytułem osoby wpłacały pieniądze, które zostały zainwestowane w jego publikację. Akcja odniosła sukces! Książka zdobyła rzeszę zachwyconych czytelników i dziś można ją kupić w pięknej, twardej oprawie.


Z pewnością słyszeliście o tym przedsięwzięciu. A może nawet sami wzięliście w nim udział?

Dlaczego o tym piszę? Otóż... Moondrive ponownie podjął się podobnej akcji. Tym razem wydawnictwo postawiło na dylogię: "Trzy mroczne korony" i "Mroczny tron" Kendare Blake.


O czym to książki? Oto opis...

"W królewskim rodzie rządzącym wyspą Fennbirn rodzą się trojaczki – dziewczynki. Jako sześciolatki zostają rozdzielone i są wychowywane w różnych rodzinach zgodnie z mocą, jaką otrzymały. Każda ma takie samo prawo do korony, ale królową może zostać tylko jedna. Siostry muszą zatem walczyć o władzę. Zwycięstwo jednej oznacza śmierć dwóch pozostałych. Dzieje się tak od wieków.
Katharine jest trucicielką, Arsinoe słuchają się zwierzęta i rośliny, a Mirabella panuje nad żywiołami. Noc ich szesnastych urodzin rozpoczyna walkę o tron. Kolejne urodziny będzie świętować tylko jedna siostra – nowa królowa Fennbirn."

Zadaniem Moondrive było zebranie 1000 osób, które zamówiłyby zestaw książek (bo zakup jednej części gwarantuje, iż po wydaniu dostaniemy również drugi tom). Wyobraźcie sobie, że wydawnictwo w przeciągu miesiąca zdobyło odpowiednią liczbę czytelników, by wydać tę dylogię w twardych oprawach we wspaniałym, kolekcjonerskim wydaniu. Nawet jeśli po akcji książki zostaną dodrukowane – to już nie w takiej wersji, z kolorowymi brzegami.



Wprawdzie zebrała się już odpowiednia liczba czytelników do wydania "Trzech mrocznych koron" i "Mrocznego tronu", jednak nie wiadomo, czy później dylogia ta zostanie dodrukowana, a jeśli nawet to dostępna będzie bez wspaniałych gadżetów, tak lubianych przez książkoholików. Tymczasem do 15 listopada 2017r. można jeszcze przyłączyć się do akcji i nabyć wspaniały zestaw dwóch książek z gadżetami w pakiecie podstawowym za 49,90 zł


lub w pakiecie rozszerzonym z audiobookiem pierwszej części i kubkiem za 64,90 zł.


Osobiście staram się obecnie raczej pozbywać nadmiaru książek z półek, ale kiedy zobaczyłam tę akcję – musiałam do niej dołączyć. Jeśli Wy również jesteście zainteresowani udziałem w projekcie odsyłam Was na stronę moondrive (link).

Co sądzicie o tego typu inicjatywach? Braliście w jakiejś udział? A może dołączycie do obecnej? 

sobota, 4 listopada 2017

"Maybe Someday" Colleen Hoover - mamuśka czyta o trójkącie miłosnym...

„Maybe Someday” Colleen Hoover to książka, którą wygrałam w konkursie wydawnictwa Otwartego i sama ją sobie wybrałam jako nagrodę. Mimo to ponad rok leżała na mojej półce, a do jej przeczytania zmotywowało mnie wyzwanie czytelnicze u Eweliny, znanej Wam zapewne jako Ejotek lub Czytelnicza Dusza.


Klikając tutaj przejdziecie do wyzwania, a Ewelinie przy tej okazji bardzo dziękuję za zmotywowanie mnie do sięgnięcia po tę pozycję.


Opis książki (pochodzący z okładki)

„On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce.
Mabybe Someday to opowieść o ludziach rozdartych między 'może kiedyś' a 'właśnie teraz', o emocjach ukrytych między słowami i muzyce, którą czuje się całym ciałem.”

Moje odczucia po lekturze

"Maybe Someday" to książka łącząca w sobie Young Adult i romans. Zwykle stronię od takich pozycji, jednak na temat tej powieści słyszałam mnóstwo pozytywnych opinii, a lektura "Hopeless" Colleen Hoover (moje wrażenia), choć w swojej recenzji trochę się jej "czepiałam", dodatkowo zachęciła mnie do przeczytania "Maybe Someday".
Książka pochłonęła mnie od pierwszych stron i kiedy musiałam przerywać czytanie z niechęcią odkładałam ją na półkę. Od początku polubiłam bohaterów: Sydney, Ridge'a, Warrena i Bridget, a następnie inne, kolejno wprowadzane do powieści postacie: Maggie i Brennana. Szczęśliwie wśród bohaterów znalazły się również osoby nacechowane negatywnie, a i postaciom pierwszoplanowym zdarzało się popełniać błędy i nie całkiem obce były im nieczyste zagrania.
"Maybe Someday" to opowieść o miłości dwóch osób, ale nie tylko. To również piękna historia o niesłyszącym bohaterze oraz dziewczynie, która zapadła na bardzo poważne schorzenie. O jaką chorobę chodzi nie będę Wam tu zdradzała. Dowiecie się tego w trakcie lektury. Mnie jednak ta wiadomość niemal sparaliżowała, gdyż opisane schorzenie dotyczyło mojego przyjaciela z lat młodzieńczych, którego dzisiaj nie ma już na tej ziemi.
Dzięki pisarce przenikamy do świata uczuć i doznań towarzyszących w życiu codziennym osobie niesłyszącej. Poznajemy sposób odbierania przez nią świata, co ja odczuwałam niemal namacalnie. Kiedy czytałam historię opisywaną z punktu widzenia osoby głuchej, nawet wówczas, gdy sytuacja ta była wypełniona hałasem – bez problemu mogłam ją sobie wyobrazić, a jednocześnie miałam wrażenie, iż żadne dźwięki z nią związane do mnie nie docierają.
„Maybe Someday” to historia miłości, a właściwie trójkąta miłosnego, opisywanego zamiennie przez 22-letnią kobietę oraz 24-letniego mężczyznę. Zastosowanie naprzemienności wypowiedzi ogromnie mi się spodobało i dało możliwość przeniknięcia w myśli i odczucia bohaterów, których cechowała niesamowita wzajemna szczerość, jakiej nam dorosłym często brak we wzajemnych relacjach. Ogromnie przypadła mi do gustu dojrzałość bohaterki, jej podejście do sytuacji, w której się znalazła. Analizowanie sytuacji, jakie ją spotykają godne jest osoby prawdziwie rozsądnej i odpowiedzialnej.
Zwykle, gdy czytam o trójkątach miłosnych – złoszczę się poznając odczucia i przemyślenia bohaterów. Zbyt łatwo, w chwilach uniesienia, zapominają oni o swoich stałych partnerach i ulegają namiętności dopuszczając się zdrady. W „Maybe Someday” bohaterowie nie zapominają o bliskich, których mogliby skrzywdzić, a ich uczucie nie sprowadza się wyłącznie do zaspokojenia popędu seksualnego.
Kiedy poznajemy Sydney i Ridge'a oboje są w stałych związkach. Później sytuacja nieco się zmienia. Sydney zostaje sama, ale Ridge wciąż ma u boku kochającą, cudowną dziewczynę. Z tego powodu trudno było mi kibicować tej dwójce, by stworzyli parę. Jednak z ciekawością i zaangażowaniem śledziłam ich losy i nurtowało mnie, jakie będzie zakończenie tej historii. A uwierzcie mi – Colleen Hoover w mistrzowski sposób żonglowała moimi emocjami w tym zakresie.
Ogromne wrażenie wywarły na mnie opowieści Ridge'a, dotyczące jego dzieciństwa oraz zaskakujące informacje na temat innych bohaterów, które niejednokrotnie wbijały mnie w (przysłowiowy) fotel. Colleen Hoover w moim odczuciu jest mistrzynią w szokowaniu czytelnika niespodziewanymi informacjami, czy zwrotami akcji. Mało tego! Nie są to jakieś banały, czy wprowadzane na siłę wydarzenia, lecz doskonale współgrają one z opisywanymi historiami i znakomicie je dopełniają. Jest to jeden z powodów dla jakich naprawdę cenię książki tej pisarki (mimo, iż przeczytałam dopiero dwie).
Książkę czyta się niesłychanie szybko. Do lektury zachęca nie tylko lekkie pióro autorki, ale również to, w jaki sposób powieść została napisana. Bohaterowie nie zawsze rozmawiają ze sobą w sposób bezpośredni (twarzą w twarz). Wielokrotnie prowadzą rozmowy poprzez smsy, czy wiadomości na facebooku. Lektura wywołała we mnie moc emocji: od radości i śmiechu, poprzez ciekawość, aż po niepewność, wzruszenie i strach o losy bohaterów.
Dodatkowego uroku dodają powieści teksty piosenek komponowanych i pisanych przez bohaterów, zamieszczone na końcu książki. Co więcej! Piosenek tych można posłuchać w trakcie lektury książki na wskazanej stronie w internecie.
„Maybe Someday” to powieść z kategorii Young Adult, za którymi zazwyczaj nie przepadam. Niektórzy mogliby stwierdzić, iż to tylko romans lub zwykła powieść obyczajowa, a jednak ja, świeżo po przeczytaniu tej książki śmiem twierdzić, że jest to jedna z najlepszych pozycji, po jakie w tym roku sięgnęłam i z pełnym przekonaniem Wam ją polecam.


A jakie książki Colleen Hoover Wy czytaliście? Które zrobiły na Was największe wrażenie? Jaką polecacie mi przeczytać w pierwszej kolejności? A może jeszcze nie poznaliście żadnej książki tej autorki? Planujecie to zmienić?

sobota, 28 października 2017

"Hobbit, czyli tam i z powrotem" J.R.R. Tolkiena - ponowne spotkanie z pisarzem po latach

Przed laty, na przełomie szkoły średniej i studiów, po obejrzeniu w kinie filmu "Władca pierścieni" postanowiłam kupić cały ten książkowy cykl i spędzić miłe godziny przy lekturze. Okazało się jednak, że z Tolkienem nie było mi po drodze. Wielokrotnie sięgałam po "Władcę pierścieni", pierwszą część trylogii, ale nigdy nie przeczytałam więcej niż 20–30 stron. Wciąż odkładałam ją na półkę nieprzeczytaną, a w końcu sprzedałam. Tak się złożyło, iż kilka miesięcy temu w moje ręce trafiła inna powieść pisarza, a mianowicie "Hobbit, czyli tam i z powrotem". Stwierdziłam, że może po jej przeczytaniu sięgnę po tak wychwalaną trylogię "Władcy...". Czy tak się stanie?



Opis książki (pochodzący z portalu lubimy czytać)

"Arcydzieło literatury fantasy (w Iskrach wydane po raz pierwszy w 1952 roku). Baśniowy, przemyślany w najdrobniejszych szczegółach fantastyczny świat oraz barwne postaci i ich wspaniałe przygody. Bohaterem jest tytułowy hobbit, 'istota większa od liliputa, mniejsza jednak od krasnala' pełen życzliwości dla świata, dobroci, nieskory do męstwa, a przecież odważny, poczciwy, a przecież sprytny. Autor szuka w swej powieści odpowiedzi na podstawowe pytania o źródła dobra i zła. To także wstęp i zaproszenie do najgłośniejszego dzieła Tolkiena 'Władcy Pierścieni'. Lektura szkolna."

Moje wrażenia

"Hobbit, czyli tam i z powrotem" to bardzo interesująca powieść. Tolkien stworzył niesamowity, pełen niebezpieczeństw świat. Do opowiadanej historii wprowadził mnóstwo ciekawych postaci: hobbitów, krasnoludy, elfy, gobliny, kamienne olbrzymy, gollumy, a wszystkie z nich zostały doskonale wykreowane. Oto niektóre informacje na temat postaci przedstawionych w książce:

"Elfy wiedzą bardzo wiele i skrzętnie zbierają wszelkie nowiny. Wieści o tym, co dzieje się pośród innych ludów, docierają do ich uszu tak szybko, jak bystra rwąca rzeka, albo jeszcze szybciej."

Gobliny to istoty przywykłe do życia w sercu góry, potrafią przeniknąć ciemność wzrokiem. Żywią szczególną urazę wobec ludu Thorna i stosują wyjątkowo wymyślne narzędzia tortur.

"Gobliny (...) jadają konie, kuce i osły (oraz inne znacznie gorsze rzeczy) i stale są głodne."

Trolle to straszne głodomory, nagminnie pijące piwo i ucztujące na całego.

"wielgachne, grubo ciosane twarze, potężne sylwetki i nogi, nie mówiąc już o języku, który trudno byłoby nazwać salonowym."

Ciekawymi postaciami byli również Czarodziej Gandalf, czy Beorn – ni to człowiek, ni niedźwiedź, który dowolnie może się przemieniać. Beorn mieszka w drewnianym domu w dębowym zagajniku. Hoduje zwierzęta, z którymi rozmawia (nie jada ich) i które mu służą. Żywi się zaś miodem i śmietaną. Inną postacią, która mnie zaintrygowała, był gollum.

"Czarny jak ciemność gollum z długimi, płaskimi stopami, oślizgły, mieszkał nad ciemnymi wodami, głęboko w sercu góry, zjada czasem gobliny, ale atakuje je od tyłu, i dusi, więc nikt nie wie, kim i czym jest."

Brzmi bardzo ciekawie, prawda? A to zaledwie garstka spośród mnóstwa bohaterów i wiadomości o nich.

"Hobbit, czyli tam i z powrotem" to wspaniała opowieść, pełna przygód, magii, niespodziewanych wydarzeń i zwrotów akcji. Dodatkowo książka, która znalazła się w moich rękach została wzbogacona w wiele interesujących, kolorowych i czarno – białych ilustracji, wykonanych przez Alana Lee.
Ogromnie zaciekawiła mnie przygoda Bilbo przedstawiająca jego spotkanie w jaskini z gollumem. Życie bohatera zależało od tego, czy znajdzie odpowiedzi na zagadki zadawane przez to paskudne stworzenie. Podobało mi się, iż zagadki golluma i niektóre inne teksty były pisane wierszem. Myślę, że każdy kto przeczyta tę historię znajdzie w niej przygodę, która ujmie go szczególnie.
W książce znajdowała się mapa przedstawiająca opisany przez Tolkiena świat, jednak nie potrafiłam doszukać się w niej podobieństwa do drogi, którą kroczył Bilbo ze współtowarzyszami, poza tym, iż nazwy odwiedzanych przez nich miejsc zgadzały się z tymi zamieszczonymi na mapie.
Lektura książki wymagała ode mnie głębokiego skupienia. Znajduje się w niej moc opisów podczas czytania których musiałam mocno koncentrować uwagę, by wyobrazić sobie opisane miejsca i sytuacje. Sama historia jest ciekawa, bohaterowie interesujący, przygody ekscytujące, jednak dla mnie osobiście pióro autora jest trudne do zrozumienia i wymaga czasem kilkukrotnego czytania tego samego tekstu, by dobrze go zrozumieć. Póki co po kolejne pozycje autora nie sięgnę, ale z przyjemnością obejrzę ekranizacje jego dzieł.


A jak wyglądały Wasze spotkania z powieściami Tolkiena? Pokochaliście je od początku, po jakimś czasie, a może podobnie jak mnie, dość ciężko czyta Wam się historie wychodzące spod jego pióra? 

środa, 25 października 2017

Czytelnicze podsumowanie sierpnia 2017

Czas pędzi nieubłaganie, a ja nie zdążyłam się jeszcze podzielić z Wami swoim czytelniczym podsumowaniem sierpnia i września. Zastanawiałam się, czy warto to robić pod koniec października, ale uznałam, iż dobrymi lekturami warto dzielić się zawsze. Ciekawa jestem czy Wam w ciągu ostatnich miesięcy udało się sięgnąć po czytane przeze mnie książki i czy Wasze spostrzeżenia na ich temat są zbieżne z moimi.
Zapraszam zatem na mój sierpniowy stosik.


1.”We wspólnym rytmie” Jojo Moyes, 528 str.
2.”Dziewczyna z Brooklynu” Guillaume Musso, 400 str.
3.”To się da”, 2 część z cyklu „Złodziejka marzeń” Anny Sakowicz, 304 str.
4.”W sieci uczuć” Anety Krasińskiej, 240 str.
5.”Poszukiwani, poszukiwany” Małgorzaty Falkowskiej, 304 str.
6.”Za zakrętem” Anny Kasiuk, 450 str.
7.”Roland”, 1 część z cyklu „Mroczna wieża” Stephena Kinga, 320 str.

Klikając w tytuł wybranej książki możecie poznać moje zdanie na jej temat.
W sumie 7 przeczytanych przeze mnie pozycji złożyło się na 2546 stron, co daje około 82 strony pochłonięte w sierpniu każdego dnia. Całkiem solidny wynik!

Najbardziej spośród nich przypadły mi do gustu



 .

Do śmiechu zaś z pełnym przekonaniem polecam

 .

Czytaliście któreś z tych książek? Zgadzacie się z moimi ocenami? Jeśli nie pochłonęliście tych tytułów koniecznie podzielcie się tytułami cudeniek, które ostatnio wpadły w Wasze ręce. 

poniedziałek, 23 października 2017

PRZEDPREMIEROWO "Dwanaście niedokończonych snów" Nataszy Sochy - troszkę zaduszkowo, troszkę świątecznie, refleksyjnie, ale i do śmiechu.

"Serce z piernika" Magdaleny Kordel (moja recenzja) otworzyło moją tegoroczną listę lektur przedświątecznych, których mnóstwo pojawi się w październiku oraz 8.11.2017r. Wszystkich pojawiających się książek o tematyce świątecznej nie zdołam pochłonąć, ale gdy dowiedziałam się, iż jedną z autorek, która podjęła się napisania powieści świątecznej jest Natasza Socha – wiedziałam, że wcześniej czy później ją pochłonę. Na szczęście "Dwanaście niedokończonych snów" udało mi się dorwać jeszcze przed premierą jako egzemplarz recenzencki (póki co w wersji elektronicznej) za co pięknie dziękuję pisarce oraz wydawnictwu

.



Opis książki (pochodzący ze strony wydawnictwa)

"Zimowy wieczór jest senny, magiczny i pełen cudów. Jak życie…
Momo ma dwadzieścia osiem lat i żyje w gorsecie własnych ograniczeń. Nie pije kawy, nie patrzy ludziom w oczy, nie kupuje kolorowych ubrań, boi się podróżować. Ma za sobą nieudane małżeństwo i skomplikowane relacje z ojcem. Jej światem jest sztuka – Momo projektuje biżuterię i meble z recyklingu.
I wtedy pojawiają się sny. Są jak pomost łączący noc z dniem. Próbują jej coś powiedzieć, kłują palcem, puszczają oko. Stają się pośrednikiem między Momo a prawdziwym światem, który ją otacza. Wyznaczają jej kolejne zadania, które musi wypełniać, żeby pójść dalej. Czas kończy się wkrótce...
Kim jest osoba, na którą podświadomie czeka?"

Moje wrażenia po lekturze

Jeszcze żadna książka Nataszy Sochy nie zawiodła mnie. Lubię lekkie pióro pisarki i opisywane przez nią historie. Jak zazwyczaj, spodziewałam się interesującej, przyjemnej w odbiorze historii. Ciekawiło mnie jednak, jak autorka odnalazła się w stworzeniu opowieści wigilijnej. Czy czytając ją będę miała przyjemność poczuć zimowy klimat i wprowadzona zostanę w wyjątkową przedświąteczną atmosferę? Czy Natasza poruszy w swej powieści również temat odchodzenia naszych bliskich? W końcu książka wydana ma być 25 października, jeszcze przed świętem Wszystkich Świętych. Postanowiłam sprawdzić, kiedy najlepiej sięgnąć po ten tytuł. W dniu premiery, po Wszystkich Świętych, a może w okolicy Świąt Bożego Narodzenia?
"Dwanaście niedokończonych snów" to historia trzech kobiet. 28-letniej Momo wytwarzającej biżuterię oraz meble z recyklingu, której życie, w przeciwieństwie do pasji tworzenia, toczy się niezmiennie, jednakowo każdego dnia, w kolorach czerni i bieli. Mamy Moniki, opuszczonej przez ojca z niewiadomych powodów, gdy Momo miała 15 lat, zajmującej się tanatokosmetyką (sztuką makijażu pośmiertnego) oraz ciotki Rebeki, klnącej niemiłosiernie nauczycielki historii, ogromnie barwnej postaci, wnoszącej do powieści mnóstwo radości i wywołującej u czytelnika moc szczerego, niezmiennego rechotu. Poczucie humoru, które zapewnia nam pisarka dzięki obecności w powieści ciotki Rebeki – to zdecydowany atut opowieści.

Rebeka nie klęła podczas lekcji, ale kiedy ostatni dzwonek zwalniał ją z etatu nauczycielki, wypowiadała donośne 'Kurwa'. I z uśmiechem na ustach opuszczała szkolny budynek. Jesienią waliła kamieniami w gałęzie kasztanowca, by w ten sposób nazbierać kasztanów, które rozsypywała potem na stole i patrzyła, jak szybko matowieją.
-Starzeją się równie szybko jak moja dupa. Wczoraj jędrna, jak ze stali, dzisiaj pomarszczona.”

"Rebeka pasowała do wigilijnej otoczki jak tiulowa sukienka do dupy hipopotama.”

Jak wspomniałam, mama Momo zajmuje się sztuką makijażu pośmiertnego. Za sprawą tej postaci w powieści wielokrotnie stykamy się ze śmiercią. Na uwagę zasługuje szacunek, z jakim Patrycja odnosi się do zmarłych. Dzięki niej staramy się odpowiedzieć na pytania, co dzieje się z człowiekiem, kiedy opuszcza ten świat.
Zniknięcie Perkoza – partnera Pati i taty Moniki – stanowi zagadkę, której rozwiązania jesteśmy niezmiennie ciekawi. W pewnym sensie wątek ten wprowadza nas również do tematu oswajania się z odejściem bliskiej osoby, ze śmiercią. Razem z kobietami przeżywamy rozterki, które dotykają je po niespodziewanym zniknięciu ukochanego partnera i ojca.
Temat główny powieści stanowią sny Moniki, które w przeciwieństwie do jej poukładanego, jednostajnego życia – pełne są chaosu, wydarzeń i barw. W pewnym momencie Momo dochodzi do wniosku, iż sny mają doprowadzić ją do zrozumienia siebie oraz odnalezienia miłości, ku której ją prowadzą. W interpretacji sennych iluzji pomaga jej Mila – kobieta z niewielkiej piekarni do której pewnego dnia Monika spontanicznie zachodzi na kawę.
Książka zawiera moc pięknych myśli dotyczących marzeń sennych.

Sny to przypowieści. Zamknięte w metaforach, które każdy musi odczytać sam. To wędrowanie między światami, emocjami, między tym, co przeżywamy a podszeptami podświadomości. To pomost pomiędzy istnieniem a myśleniem. Sny nie są tylko nic nieznaczącym obrazem, absurdalnym i pełnym nieścisłości. Po prostu trzeba chcieć je zrozumieć.”

Dwanaście niedokończonych snów” to powieść o świętach, które nie pachną piernikami i smażonym karpiem, nie smakują zupą grzybową, kutią i kompotem z suszu, a jednak wprowadzają w życie czytelnika te szczególne uczucia i wartości, które właśnie w okresie świątecznym cenimy najbardziej. To doskonała lektura do pochłonięcia zarówno przed Świętem Wszystkich Świętych, przed Wigilią, a także już w okresie Bożego Narodzenia. Podczas jej czytania poznajemy ciekawych bohaterów i z zainteresowaniem śledzimy ich historie. Kibicujemy im w dążeniu do wyznaczonych celów, niezmiennie ciekawi zakończenia opowieści. Poznajemy mnóstwo wspaniałych przemyśleń na temat: świąt, miłości, snów i ich interpretacji, upływu czasu, odchodzenia bliskich oraz akceptacji nieuniknionego, a zakończenie powoduje, iż szczęka opada nam w dół, a łezka wzruszenia kręci się w oku. To kolejna doskonała powieść Nataszy Sochy. Nie mogę się doczekać, kiedy w moich rękach znajdzie się to cudeńko w wersji drukowanej i z przyjemnością niejednokrotnie powrócę do lektury tej powieści. Mało tego! Jeszcze bardziej niż dotąd odczuwam chęć przeczytania „Biura przesyłek niedoręczonych”.


Ciekawa jestem jakie powieści poruszające temat wigilii Wy polecacie szczególnie i którą książkę Nataszy lubicie najbardziej? A może macie za sobą lekturę „Biura przesyłek niedoręczonych”? 

czwartek, 19 października 2017

U mamuśki młodzieżowo - "Buntowniczka z pustyni" Alwyn Hamilton

W sieci, szczególnie wśród vlogerów książkowych, często widywałam ostatnio książkę "Buntowniczka z pustyni" oraz jej kontynuację "Zdrajca tronu". Początkowo słyszałam moc zachwytów dotyczących tej serii, później gdzieniegdzie pojawiały się drobne uwagi na temat ich treści. Mimo wszystko byłam ogromnie ciekawa dzieł Alwyn Hamilton - autorki nagrodzonej Goodreads Books Awards 2016, dlatego niesamowicie ucieszyłam się, gdy książka trafiła do mnie za sprawą Pani Mileny z wydawnictwa


Jeśli chcecie dowiedzieć się, czy prawie czterdziestoletniej mamuśce "Buntowniczka z pustyni" przypadła do serca zapraszam do dalszej lektury posta. ;)


Opis książki (pochodzący z okładki)

"Bezkresne piaski pustyni przemierzają tajemnicze bestie, w których żyłach płynie czysty ogień. Krążą pogłoski, że istnieją jeszcze takie miejsca, gdzie Dżiny wciąż parają się czarami. Każda noc pośród wydm pełna jest niebezpieczeństw i magii. Jednak osada Dustwalk to zabita deskami dziura, którą nastoletnia Amani pragnie opuścić przy najbliższej okazji.
Buntowniczka wierzy, że dzięki talentowi w posługiwaniu się bronią, uda jej się uciec spod opieki despotycznego wuja. Podczas zawodów strzeleckich poznaje Jina – tajemniczego i przystojnego cudzoziemca, który może jej pomóc w realizacji planów. Amani nie przypuszcza jednak, że jedna ryzykowna decyzja zmusi ją do ucieczki przed armią Sułtana, ramię w ramię ze zbiegiem oskarżonym o zdradę stanu."

Moje wrażenia

"Buntowniczka z pustyni" od pierwszych stron wciągnęła mnie w świat przygód nastoletniej Amani, która postanowiła uciec z domu swojego wuja Asida i ciotki Farrah, aby uniknąć ślubu z wybranym dla niej mężczyzną. Dziewczyna pragnęła wyrwać się z kraju, w którym przez całe życie będzie musiała podporządkowywać się panom. Chciała trafić do Izmanu – miasta o którym opowiadała jej mama i w którym miała wreszcie zaznać spokoju. Aby dowiedzieć się, czy uda jej się trafić w upragnionie miejsce musicie sami przeczytać książkę. Ja natomiast gwarantuję Wam moc przygód, wrażeń i zaskoczeń podczas jej lektury. Sama doskonale bawiłam się czytając tę książkę. Dawno nie miałam w rękach tak ciekawej historii, a odskocznia od najczęściej czytanych przeze mnie książek obyczajowych wprowadziła świeży powiew do mojej czytelniczej przygody.
W moim odczuciu "Buntowniczka z pustyni" stanowi połączenie powieści dotyczącej krajów arabskich, książki przygodowej, fantastycznej i westernu. Pisarka doskonale spisała się łącząc w sobie te wszystkie gatunki. Stworzyła doskonały, nieznany mi dotąd, świat. Wszystkie jednostki: główni bohaterowie książki, armie Sułtana i Gallanów, osobnicy z klanu Kolan Wielbłąda oraz wspomniane postacie magiczne, tj. Dżiny, Półdżiny, Pierwsze Stworzenia, buraqi oraz złe duchy np. Skórozmienni, czy Koszmary – zostały przez pisarkę doskonale wykreowane. Z łatwością jesteśmy w stanie wyobrazić sobie te stworzenia oraz ich cechy charakterystyczne i umiejętności. Tym samym mamy wrażenie jakbyśmy osobiście wkroczyli do iście baśniowego, magicznego świata Amani.
W trakcie lektury poznajemy moc pobocznych opowieści, które ostatecznie wspaniale się ze sobą łączą i doskonale dopełniają historię bohaterki.
Wykreowani przez pisarkę bohaterowie w większości są postaciami dość charakterystycznymi. Niewielu z nich kieruje się w życiu ideami takimi jak cnota, dobro, przyjaźń i miłość wobec innych. Większość prezentuje raczej surowe usposobienia. Nie stanowi to jednak zaskoczenia, gdyż zachowania takie wymusił na nich kraj, czas i sytuacje, w jakie zostają uwikłani. Dzięki temu jednak większość opisanych w powieści postaci intryguje czytelnika. Przygody spotykające bohaterów nieustannie zaciekawiają, a reakcje głównych postaci na stworzone przez pisarkę sytuacje są dla nas dodatkową niespodzianką. Akcja nie zwalnia tempa ani na chwilę przez co trudno oderwać się od powieści. Przez całą lekturę kibicujemy Amani w jej zmaganiach i ciekawi jesteśmy zakończenia historii.
Ogromne zaskoczenie wzbudziły we mnie fakty dotyczące samej Amani. Nie przypuszczałabym, że bohaterka uzyska na własny temat tak nieoczekiwane informacje.
Zakończenie bardzo mi się spodobało. Wspaniale zamyka ono opisaną historię, dowiadujemy się wszystkich istotnych faktów, a jednocześnie mamy przemożną chęć natychmiast chwycić po kolejną część. Na szczęście "Zdrajca tronu" jest już u mnie i nie będę musiała czekać zbyt długo by chwycić po kontynuację tej świetnej serii. Jeśli natomiast Was ciekawi ten cykl – zalecam od razu zaopatrzyć się w obie części.



A Wy? Czytaliście już te publikacje? Lubicie takie historie? Jaką książkę z zakresu fantastyki młodzieżowej ostatnio pochłonęliście? A lekturę której szczególnie byście polecili innym?  

poniedziałek, 16 października 2017

Cuda dla Was od wydawnictw Replika i Szara Godzina

Wydarzenie (link), które zorganizowałyśmy dla Was wraz z Marysią z bloga mamo poczytaj sobie przekroczyło półmetek. Macie jeszcze niewiele ponad dwa tygodnie, aby zgłosić w nim swój udział i dołączać zdjęcia czytanych przez Was w październiku publikacji. Na zwycięzców czekają cudowne zestawy książek ufundowanych przez wydawnictwa:


(klikając w link możecie zobaczyć zawartość paczuchy od Znaku)


(tu znajdują się książki z paki od Czwartej Strony).

Dziś postanowiłam pokazać Wam ostatnie cuda, które mogą do Was trafić, a ufundowały je wydawnictwa


i

.

Niesamowita Pani Ania z Repliki podarowała dla Was następujące pozycje:


"Wszystkie moje zmartwychwstania" Iwony Żytkowiak


"Śniadanie na skale" Iwony Walczak


oraz pierwszą część cyklu "Spacer Aleją Róż" pt. "Cień burzowych chmur".

Pan Ireneusz z wydawnictwa Szara Godzina zgodził się natomiast, abym przeznaczyła na nagrody dla Was w tej zabawie książki, które otrzymałam od niego jakiś czas temu. Większość z nich pozostawię na organizację konkursów w momencie, gdy sama przeczytam poszczególne tytuły. Tymczasem do obecnego wydarzenia dorzucam książki, których mam podwójne egzemplarze, a mianowicie:


"Klasztor zapomnienia"


i "Kręta droga do nieba" Bożeny Gałczyńskiej – Szurek.

Książki które znajdują się w tych postach łączone będą w zestawy, dlatego zwycięzcy będą mogli cieszyć się pakiecikami świetnych książek, a oprócz tego Marysia zdobyła dla Was moc wspaniałych nagród. Jeśli jeszcze nie zgłosiliście swego udziału w wydarzeniu i nie dodaliście zdjęć w konkursie koniecznie zróbcie to teraz. Zapraszamy tutaj!