niedziela, 21 maja 2017

Czy "Czereśnie zawsze muszą być dwie"? - na to pytanie odpowiada w swej najnowszej powieści Magdalena Witkiewicz

Książka „Czereśnie zawsze muszą być dwie” to kolejna powieść Magdaleny Witkiewicz, którą miałam przyjemność pochłonąć. Wcześniej pisałam Wam o moich wrażeniach z lektury: „Awarii małżeńskiej” (napisanej przez pisarkę we współpracy z Nataszą Sochą – link do recenzji), „Szkoły żon” (opis) oraz „Po prostu bądź” (moje wrażenia). Książki te w większości bardzo mi się podobały, dlatego gdy otrzymałam najnowszą – byłam naprawdę szczęśliwa. Czy po jej lekturze nadal emanuję szczęściem?


Opis książki pochodzący z jej okładki

„Zosia Krasnopolska otrzymuje w spadku od pani Stefanii zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości. Stary dom otoczony sadem – niegdyś bardzo piękny – kryje sekrety swoich mieszkańców. Zosia powoli zgłębia jego tajemnice. Kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, odkryje najważniejszy sekret: dowie się, czym są prawdziwa przyjaźń oraz miłość. Zrozumie, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich wspólna droga przez życie miała sens.”

Moje wrażenia

Książka „Czereśnie zawsze muszą być dwie” już od pierwszych stron zupełnie pochłonęła mnie swoją treścią, zafascynowała przedstawionym światem i zaciekawiła do tego stopnia, że przy pierwszym podejściu przeczytałam 150 stron, a gdyby nie pilne obowiązki rodzicielskie – na pewno bym się od niej nie oderwała. Później życie wymusiło ode mnie kilka dni przerwy w czytaniu, bym przy kolejnych dwóch podejściach (w trakcie podróży) – zakończyła lekturę. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek podczas trzech krótkich (bo upływ czasu podczas lektury nie istniał) spotkań z książką – zakończyła czytać prawie 500-stronicową historię. Z pełnym zdecydowaniem twierdzę, iż jest to najlepsza powieść Magdaleny Witkiewicz i jestem baaardzo szczęśliwa, że trafiła ona w moje ręce. :))
Od pierwszych stron pokochałam panią Stefanię Pilch (starszą przyjaciółkę głównej bohaterki), a niedługo później Zofię Krasnopolską (wiodącą w książce postać), Szymona Jarosławskiego, pana Andrzeja, Henryka Dworaka i Annę Rościszewską. Całą opisaną zwierzynę: psy, kota i kury, polubiłam równie mocno. ;) Szczęśliwie spotkałam się w powieści również z postaciami, które od początku trudno darzyć sympatią, niejakim Markiem Więcławskim i Jakubem Rzepeckim. ;) Smaczku całej historii dodała również tajemnicza kobieta – pojawiająca się w okolicach willi Zosi.
Trudno, czytając powieść, nie pokochać Rudy Pabianickiej oraz starej, zaniedbanej i nadgryzionej zębem czasu willi, która łączy opisane w książce historie. To miejsce zaczynamy lubić do tego stopnia, iż mamy chęć się w nim znaleźć, obejrzeć ogród i pomieszczenia, w których toczyło się życie bohaterów, zobaczyć pozostawione w nim meble, pamiątki i w pełni poczuć ten wyjątkowy, opisany w książce klimat. Fascynująca jest historia willi, a raczej kolejnych jej mieszkańców, do której poznania stopniowo przybliża nas autorka.

„Dom to nie tylko mury i szczelne okna. Dom to przede wszystkim ludzie. Śmiech, oddechy, głośne rozmowy i szepty.”

Pisarka przedstawiła w książce cztery różne historie, mające miejsce w odmiennych czasach, a każda z nich jest równie intrygująca. To powieść o narodzinach i umieraniu, radościach i smutkach towarzyszących nam każdego dnia, o miłości, emocjonalnych zawodach oraz rozstaniach, o dążeniu do szczęścia, realizacji pragnień, powstawaniu na nogi po spotykających nas w życiu tragediach oraz o tym, że każdy człowiek (podobnie jak drzewo czereśni) – potrzebuje drugiego, aby w pełni cieszyć się życiem i rozkwitać każdego kolejnego dnia.
Podczas lektury książki Magdalena Witkiewicz zaserwowała mi gamę różnorodnych emocji – od rozmarzenia, radości, zadowolenia, poprzez irytację, złość (na niektórych bohaterów), nieustającą ciekawość (książka pełna jest zagadek), po zamyślenie i smutek, niekiedy tak ogromny, że w oczach pojawiały mi się łzy i musiałam przerwać lekturę, aby nie dać się ponieść emocjom i nie rozpłakać się na dobre.
Czytając książki Magdaleny zawsze odnajduję w nich mnóstwo wspaniałych, mądrych myśli życiowych. Oto kilka z nich:

„Czasem życie daje nam szansę, a my za późno ją dostrzegamy. Czasem możemy dotknąć naszych marzeń, ale odwlekamy te chwile. Na potem, na za godzinę, za miesiąc. Na moment, kiedy będziemy do tego perfekcyjnie przygotowani. A czasem trzeba żyć chwilą. Łapać szczęście szybko w dłonie. Nieważne, że nie mamy na sobie fraka i sukienki balowej, drugi raz życie może nam nie dać szansy.”

„Chodząc po tych cmentarzach, uzmysławiałem sobie, że nie tylko ja kogoś straciłem, ale każdy grób, który widziałem, oznaczał dla kogoś stratę. Moja rozpacz nie była wyjątkowa. (…) Czy chcesz, czy nie chcesz, nadejdzie taki dzień, że umrze ktoś bliski. I będzie ci bardzo źle. No chyba, że to ty odejdziesz pierwsza. Wtedy ktoś inny będzie rozpaczał.”

„Wiem, że ludzie w naszym życiu pojawiają się po coś. Przychodzą, czasem zostają z nami na dłużej, a czasem odchodzą. Ważne, byśmy zrozumieli, po co los postawił ich na naszej drodze.”

„Chodzi o to, by pięknie przeżyć każdy dzień. By zasypiać z myślą, że zrobiło się wszystko. By tak żyć, że wieczorem, gdy kładziesz się spać, niczego nie żałować.”

Ze względu na niewielką powierzchnię naszego mieszkania – liczba pozostających u mnie na stałe książek jest mocno ograniczona. Pozostawiam sobie jedynie perełki, do których planuję wracać. Książka „Czereśnie zawsze muszą być dwie” z całą pewnością znajdzie wśród tych woluminów swoje miejsce.


Za powieść oraz możliwość poznania przedstawionych w niej czterech wspaniałych historii ogromnie dziękuję jej autorce - Magdalenie Witkiewicz. Miałam wielkie szczęście, że ta książka trafiła w moje ręce.

A Wy znacie książki pisarki? Jaką powinnam przeczytać teraz? :))