piątek, 4 listopada 2016

"Szkoła żon" - czy ta książka to dobra lektura dla mężatek? ;)

Przybywam dziś do Was z wrażeniami po przeczytaniu książki "Szkoła żon" Magdaleny Witkiewicz, która za czas jakiś ma mieć swoją ekranizację. :)


Opis z okładki

"Julia jest świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo.
Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut.
Właśnie opija w klubie z przyjaciółkami swój rozwód,
kiedy w loterii wizytówkowej wygrywa zaproszenie
do luksusowego SPA o nietuzinkowej nazwie. Tam, w leśnej głuszy
gdzieś na Mazurach, ona i kilka innych zwyczajnych kobiet
przeżywają przygodę życia. Zostają tam przez trzy tygodnie,
a po powrocie nic nie jest już takie samo.
Już nigdy żaden facet ich nie zostawi."

Moje wrażenia po przeczytaniu "Szkoły żon".

Szkoła żon to luksusowe SPA do którego nie ma wstępu nikt poza odbywającymi w nim szkolenie – kobiet. Panie trafiające do SPA są najpierw dokładnie sprawdzane przez jego właścicielkę pod względem wiarygodności, a następnie podpisują umowę, w której zobowiązują się nie zdradzać żadnych faktów związanych z funkcjonowaniem szkoły. Kobiety jadąc do hotelu nie zdają sobie sprawy z tego, jak dokładnie mają wyglądać prowadzone w nim zajęcia i czego tak naprawdę się tam nauczą. Różne powody kierują kursantki do odwiedzenia tego miejsca. Pięćdziesięcioletnia nauczycielka Jadwiga (zwana też Jagodą) jedzie tam, by odzyskać męża, o którym dowiedziała się, iż zdradza ją z sąsiadką. Dziewiętnastoletnia Michalina pragnie poznać sztuczki przy pomocy których będzie mogła w końcu zrobić swojemu Misiowi dobrze, zaś trzydziestoletnia, dopiero co rozwiedziona Julia trafia tam przez przypadek – dzięki wygranej w loterii.
Ewelina, właścicielka szkoły, to seksowna, pięćdziesięcioletnia, pewna siebie emancypantka, dbająca o to, aby każda niewiasta odwiedzająca to miejsce opuszczała je "z błyskiem w oku, który czynił ją pięką". Dzięki niej kursantki podczas trzytygodniowego pobytu w hotelu odzyskują własną wartość oraz zyskują wartościowe lekcje, które tak naprawdę istotne stają się również dla czytelniczek powieści.

"-Radość z seksu trzeba odkrywać dla siebie – mówiła Joanna, trenerka. - A nie po to, żeby zadowalać faceta albo żeby mu się przypodobać. Dziewczyny, tylko wtedy to działa – pomachała wibratorem – tylko wtedy sprawia przyjemność. I oczywiście do dobrego seksu potrzebny jest dobry partner, a nie taki bucowaty gnojek, który jedyne, co potrafi w sypialni, to zmienić kochankę, z którą robi znowu to samo, czyli... nic."

"To, czy mamy mężów, partnerów życiowych, kochanków, powinno zależeć tylko od nas. Od tego, czy my tego chcemy. - Przesunęła dłonią po dekolcie. To my mamy wybierać mężczyzn, a nie oni nas."

Ogromnie polubiłam bohaterki książki i wytrwale kibicowałam im w ich zmaganiach życiowych, trzymałam kciuki, by każda wyszła ze szkoły żon zadowolona i pewna siebie oraz ze wspomnianym wcześniej błyskiem w oku. Przystojni mężczyźni, pracujący w hotelu i spełniający wszystkie zachcianki pań, byli ogromnie nierealnymi, ale jednocześnie ciekawymi postaciami. ;) Troszkę zawiódł mnie fakt, iż opisani panowie byli albo bardzo dobrzy, albo kompletnie beznadziejni. Takich normalnych facetów, z zaletami i wadami w książce nie uświadczyłam. Być może w kontynuacji powieści – "Pensjonacie marzeń" okażą się oni bardziej prawdziwi. ;)
Bardzo spodobała mi się przyjaźń, która nawiązała się między pięćdziesięcioletnią Jadwigą oraz dziewiętnastoletnią Michaliną, pozornie dwiema zupełnie odmiennymi postaciami.
Oczywiście w książce nie mogło obyć się bez intryg. Wśród gości "Szkoły żon" znajduje się osoba, która może doprowadzić do jej zamknięcia. Jednak, aby dowiedzieć się, czy tak się stanie – sami musicie przeczytać tę powieść.


Publikacja wywołała we mnie wiele różnych emocji: radość, złość, momentami wzruszenie, a czasem śmiech.

"Beztrosko zrzuciła sukienkę, stała naga niczym nimfa wodna. Jej długie jasne włosy sięgały prawie do pośladków. Powiesiła ręcznik i sukienkę na gałęzi drzewa rosnącego nieopodal, przeciągnęła się i weszła do sauny.
W saunie już ktoś był.
Sądząc po westchnieniach, byli tam ona i on. Siedzieli w wielce niedwuznacznej pozycji. Ona na nim, a on pod nią. I dokładnie rzecz biorąc, poruszali się w wiele mówiący sposób. A raczej nie mówiący, tylko krzyczący i wzdychający, bo para była tak zaabsorbowana sobą, że nawet nie zauważyła, że do sauny weszła piękna młoda dziewczyna. Miśka na początku chciała dyskretnie się wycofać, ale stwierdziła, że nie po to tu weszła, by zaraz wychodzić. Oj tam, w końcu to tylko seks. Nie będzie przecież przeszkadzać. Facet niezaspokojony to facet zły. Przeczekała ostatnie jęki, po czym grzecznie powiedziała:
-Dzień dobry, a państwo tutaj na wakacjach?"

"Szkoła żon" to książka o lekkim zabarwieniu erotycznym, chwilami przypominająca typowy romans, z prawdziwymi kobietami, przeżywającymi wzloty i upadki oraz nierealnymi mężczyznami, jednak jest to równocześnie książka, przy lekturze której można doskonale odmóżdżyć się i miło spędzić czas. Pomysł wyprodukowania na jej podstawie filmu to naprawdę trafne przedsięwzięcie.

 
A Wy? Czytaliście "Szkołę żon"? A może macie za sobą także lekturę "Pensjonatu marzeń"? Jeśli tak – podzielcie się ze mną koniecznie wrażeniami na temat tych pozycji. Napiszcie również, czy podobnie jak ja nie możecie doczekać się filmowej adaptacji tych książek?