czwartek, 4 maja 2017

Beata Majewska i jej zaskakujący "Konkurs na żonę" - recenzja przedpremierowa

Gdy dowiedziałam się, że wydawnictwo Publicat poszukuje blogerów do zrecenzowania najnowszej książki „Konkurs na żonę” Beaty Majewskiej (w rzeczywistości Beaty Głąb, która czytelnikom znana jest z poprzednich swoich książek pod pseudonimem Augusta Docher) – od razu się zgłosiłam. Po udziale pisarki w cyklu „Polscy autorzy polecają” na moim blogu (zapraszam tutaj). Czekałam na okazję, by móc zapoznać się z jakimś jej dziełem. Czy lektura „Konkursu na żonę” spełniła moje oczekiwania? 


Opis z okładki książki

„Młody prawnik z Krakowa, Hugo Hajdukiewicz, planuje jak najszybciej zmienić stan cywilny. Założenie rodziny przed trzydziestymi urodzinami to warunek narzucony mu w testamencie przez wuja. W poszukiwaniu idealnej kandydatki pomysłowy biznesmen wprowadza w życie plan ‘Żona’.
Wkrótce poznaje młodziutką, nieśmiałą studentkę. Niedomyślająca się niczego dziewczyna szybko ulega urokowi przystojnego mężczyzny. Jednak misternie przygotowany plan matrymonialny niespodziewanie wymyka się spod kontroli.”

Moje wrażenia po lekturze

Na początek muszę przyznać się, że gdy wzięłam książkę do ręki nie pamiętałam już jej zapowiedzi. Opis czytałam, gdy dowiedziałam się, że pani Beata wydaje nową książkę, a później o nim zapomniałam. Tak, tak, to chyba już ten wiek. ;) Dzięki swojej niepamięci przeżyłam doskonałą przygodę. Dopiero w trakcie lektury dowiedziałam się, że wszystko co się w niej dzieje jest częścią jakiegoś planu. 
Bohaterowie „Konkursu na żonę” zaskakiwali mnie do tego stopnia, że zaczęłam z nimi rozmawiać. Swoje słowa pragnęłam przekazać głównie Hugonowi Hajdukiewiczowi, do którego mówiłam „Jejku, człowieku, co ty robisz?”, „Głupi jesteś?”, „Nie, nie, nie, nie rób tego!”, „Co za idiota!”. Jednak odbiorcami stawali się wówczas moi bliscy, którzy spoglądali na mnie zdumieni. ;) Dopiero gdy dowiedziałam się, że Hugo niby wie co robi – zakończyłam rozmowy z nim, a dokładniej stało się to w momencie, gdy uznałam go za totalnego palanta i przestałam darzyć sympatią (początkowo, mimo głupoty, naprawdę go lubiłam). 
Osiemnastoletnią Łucję Maśnik postrzegałam jako naiwną, niepewną siebie, nierozsądną, infantylną dziewczynę. Miałam ogromną nadzieję, że w końcu obudzi się i zrozumie, co się wokół niej dzieje. Im bardziej angażowała się w związek z Hugonem – tym bardziej dopingowałam, by w końcu zreflektowała się i dała popalić „swojemu facetowi”.
Niemniej… Łucja i Hugo potrafili obudzić we mnie ogromne emocje i uważam, że ich kreacja bardzo się autorce udała. Podobało mi się w jaki sposób bohaterowie zmieniali się podczas lektury, jak wpływały na nich spotykające ich wydarzenia. Co więcej, wydarzenia te niejednokrotnie mnie zaskakiwały. 
„Konkurs na żonę” nie jest jednostajnym romansem. Sam pomysł na fabułę jest bardzo interesujący. Tym razem nie mamy do czynienia, jak zazwyczaj, z kobietą poszukującą miłości, lecz dla odmiany mężczyzna szuka żony. Dodatkowo jest on wyrafinowany i realizuje pewien plan. Bardzo mi się to spodobało. Pisarka doskonale wczuła się w rolę 18-latki, ale także pewnego siebie, nieco zarozumiałego mężczyzny.
Inni bohaterowie również wzbudzali pewne uczucia. Ogromnie polubiłam babcię Zofię – opiekunkę Łucji oraz jej przyjaciółki ze studiów Martę i Olę (Rudą). Intrygował mnie przyjaciel Hugona – Adam oraz jedna z jego byłych  dziewczyn. 


Beata Majewska zafundowała mi duży wachlarz emocji związany z postępowaniem głównych bohaterów oraz wydarzeniami przedstawianymi w książce. Wielokrotnie byłam przez nią zaskakiwana i szeroko otwierałam usta ze zdumienia. Bardzo przyjemnie spędzałam czas przy tej powieści, często śmiałam się (także w głos), ale dwa razy poczułam ogromny smutek. Autorka bez problemu potrafiła wpłynąć na moją nagłą zmianę humoru – jako pisarka sprawnie odnalazła się nie tylko w komedii, ale także tematyce poważnej. 
Dzięki twórczyni „Konkursu na żonę” miałam możliwość pewnego powrotu do lat młodości. Z przyjemnością śledziłam okres randek naiwnej Łucji i siłą rzeczy przypominały mi one moje własne nastoletnie miłostki oraz uczucia im towarzyszące. Jednocześnie cieszyłam się, że ja ten etap mam dawno za sobą. Niektóre określenia, takie jak „I co? Psińco” – również przypomniały mi moje młodzieńcze lata. ;) Bardzo spodobały mi się powiedzenia „babska gównoburza” oraz „szambo się wylało”, a wiele cytatów wywołało salwy śmiechu.

„Miękniesz, Maśnikowa, jak ciastolina”

„Moja ukochana (…) wariatka domowa, pokręcił głową. Już wiem, dlaczego tym wszystkim cholernym huraganom i tornadom nadają wyłącznie babskie imiona.”

Pisarka (oprócz prowadzenia głównego wątku i związanych z nim zagadnień) porusza w swojej książce także inne, społecznie ważne tematy, np. choroba, śmierć i samotne rodzicielstwo. Czytając powieść zadajemy sobie pytanie, czy człowiek, który nie uczestniczył w wychowaniu swojego dziecka – pojawiając się w jego dorosłym życiu, powinien otrzymać wybaczenie? Czy powinien zostać do tego życia dopuszczony po latach? Pytamy też siebie o to, jak wiele kłamstw można wybaczyć ukochanej osobie? Czy związek zbudowany na fałszu ma szansę być szczęśliwy? 
A na to, co zafundowała mi pisarka na koniec zupełnie nie byłam przygotowana. Kartki obracałam w niesamowitym tempie, by poznać finał historii. Na końcu z zaskoczenia otworzyłam usta szeroko i wygląda na to, że nieprędko otrząsnę się ze zdumienia. ;)
W moim odczuciu autorka stanęła na wysokości zadania. Książka została świetnie napisana, nie miałam ochoty się od niej odrywać. Historia budziła we mnie wiele emocji: śmiałam się, rechotałam w głos, ale i odczuwałam smutek. Bohaterowie mnie ciekawili i zadziwiali, dając też możliwość powrotu do lat młodzieńczych, a zakończenie zupełnie zbiło mnie z tropu. 


Za przeżyte emocje dziękuję autorce książki oraz grupie wydawniczej 


A Wy? Czytaliście już „Konkurs na żonę”? Czekacie na premierę tej pozycji?