poniedziałek, 29 sierpnia 2016

"Jak cię zabić, kochanie" Alka Rogozińskiego sposobem na zdobycie fortuny?

Dziś kilka słów o książce "Jak cię zabić, kochanie?" Alka Rogozińskiego, autora szczególnego, bo pierwszego z jakim się "spotkałam", który pięknie podziękował blogerom w swojej drugiej książce za wsparcie, "rzucając" w podziękowaniach nazwami blogów, w tym moim, za co serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że miejsce na "specjalnej liście" autora zachowam, póki czytać zdołam, bo dwie poprzednie książki Alka uwielbiam i z niecierpliwością czekam na kolejną. A co sądzę o "Jak cię zabić, kochanie?". Przejdźmy do rzeczy. ;)


Opis z okładki

"Trzydziestoletnia Kasia może odziedziczyć
ogromny majątek. Jest tylko jeden warunek – musi wysłać
na tamten świat swojego męża. Nie chcąc, aby szansa
na zdobycie fortuny przeleciała jej koło nosa, zabiera się
za opracowanie, a potem realizację, morderczych planów.
Nic jednak nie idzie tak, jak sobie wymyśliła, a w dodatku
z myśliwego sama szybko staje się tropioną zwierzyną.

Jak cię zabić, kochanie? to kryminalna komedia pomyłek,
w której każdy może się okazać i mordercą, i ofiarą.
A stawką w grze są miliony dolarów!"

Jak oceniam tę pozycję ;)

Przede wszystkim ogromnie spodobali mi się bohaterowie. Jak zwykle w książkach pisarza są oni: ciekawi, barwni, pełnokrwiści i każdy na swój sposób charakterystyczny. Nawet pani Klementyna, mieszkająca w Ameryce bogata staruszka, nade wszystko wielbiąca i wspierająca dużymi datkami kościół, która od samego początku historii jest zaledwie wspomnieniem (bo zdążyła już kojfnąć 3, czy 4 lata wcześniej ;) ) i którą poznajemy dzięki wspomnieniom zaledwie na kilku stronach książki – jest postacią osobliwą i co najmniej godną szczerego zainteresowania. ;)

"...babcia na starość zaczęła zdradzać coraz większe skłonności do dewocji wyrażające się między innymi tym, że raz na miesiąc zapraszała po kolędzie miejscowego proboszcza, z pochodzenia Polaka, który musiał do niej przychodzić w asyście kilku ładnych ministrantów i święcić kropidłem każdy nowo zakupiony mebel."

I właśnie ta staruszka swoim testamentem wprowadza do książki niemały bałagan, za co... Bogu niech będą dzięki! :D

Tu żaden z bohaterów nie jest całkowicie dobry, ani wyłącznie zły. Każdy z nich jest człowiekiem z krwi i kości (no, może już poza babcią K.), każdy posiada wady i zalety. Ja szczególnie upodobałam sobie: Kasię, niepoprawnego, paskudnego zdrajcę i jej męża w jednej osobie – Darka oraz Tygrysa Złocistego.

Kasia Donek. Wiadomo! Główna bohaterka, która pewnego chmurnego i deszczowego wieczoru "postanowiła zabić swojego męża. Na pomysł ów wpadła w czasie przygotowywania kotletów schabowych, złapawszy się nieco wcześniej na myśli, że zamiast do mięsa chętnie użyłaby dzierżonego w dłoni tłuczka do zadania kilku mocniejszych ciosów w potylicę swojego małżonka". Jak tu takiej nie pokochać? :D


Przezabawe cytaty dotyczące współżycia małżeńskiego Kasi i Darka przedstawione na początku książki (szkoda, że tylko na początku) ogrooomnie mi się podobały i doprowadzały do szczerego śmiechu.

"Swojego męża Kasia nienawidziła bowiem z całego serca od jakiegoś czasu. I miała ku temu liczne powody. Przede wszystkim zaraz po ślubie z czarującego gentlemana, gotowego uchylić jej nieba, sypać kwiatki do stóp i nosić na rękach, zamienił się w tyrana. Nie dość, że stanowczo kazał jej porzucić pracę, którą Kasia w sumie lubiła, to jeszcze zaczął oczekiwać, że jego małżonka zmieni się w jakąś dziwaczną hybrydę gejszy i Perfekcyjnej Pani Domu. O ile jeszcze ten pierwszy wymóg dało się jako tako znieść, to od drugiego Kasi cierpła skóra. Nigdy bowiem nie miała specjalnego talentu, ani nabożeństwa do prac domowych."

"Po mniej więcej trzech latach, od kiedy powiedzieli sobie sakramentalne "tak", Kasia i jej mąż zaczęli się od siebie oddalać. Jeszcze do niedawna zazdrosny o nią niczym Menelaos o Helenę Trojańską małżonek przestał jej robić karczemne awantury o każdego faceta, na którego – nawet przez przypadek – spojrzała. A potem, co Kasia jak większość kobiet od razu wyczuła, poszukał sobie nowych podniet. (...) Odkąd stracił nią zainteresowanie, zamienił się z tyrana w rozkapryszoną primadonnę, wiecznie ze wszystkiego niezadowoloną i strojącą nieustanne fochy. O ile jeszcze męża-macho Kasia znieść mogła, o tyle od jego pozy 'ja tu rządzę, ale jestem przy tym taki nieszczęśliwy' trafiał ją potężny szlag."

Darek Donek, łgarz i zdrajca. Wrrr... Nienawidzę zdrajców! O związek należy dbać, a nie szukać cielesnego zaspokojenia u innej panienki. Wiadomo! Jego przemiana w męża – tyrana też odstrasza. Mówię Wam – co za dupek! Normalnie kołki takiemu bym na łbie ciosała (z niemałą przyjemnością), waliła po rycerskiej (czytaj 'zakutej') pale tłuczkiem do bicia kotletów, traktowała prądem, dźgała włócznią znajdującą się w piwnicy, a i zupki z muchomorów bym nie poskąpiła. Tak by było normalnie. Jednak Donek ma tak wspaniałe poczucie humoru w stosunku do swojej teściowej, że trudno nie poczuć do niego sympatii. ;)

No i w końcu... Tygrys Złocisty – cudowny szef półświatka we własnej osobie. Wprost uwielbiam takie czarne charaktery, które troszczą się o swoje złotka, tzn. córki, jak o największe skarby, rozpieszczają je i przemawiają do nich słodko, mimo, iż chwilę wcześniej przykładali komuś lufę do głowy. Zresztą... sam autor to pięknie określił. Tygrys to "uroczy człowiek, acz tylko w chwilach, kiedy akurat nikogo nie morduje, porywa, albo nie wymusza haraczu".



Fabuła... co tu dużo mówić... świetna jest. Z każdą kolejną stroną książki akcja nabiera rozpędu. Wszystkie przedstawione postacie mają własny plan, który pragną zrealizować. Kasia, Darek i ksiądz Kowalski dybią na kasę po babci Klementynie, Tygrys Złocisty pragnie rozliczyć się ze swoim dłużnikiem, dwie dość nietypowe zakonnice używają broni palnej, ba, w dodatku rzucają granatami. Nawet gość kładący kafelki w łazience ma pewien cel. ;) Po drodze, realizując zamierzenia, wpadają jedni na drugich.

W przedstawionej historii jest mnóstwo postaci (po raz kolejny chwała autorowi za ich spis poczyniony na początku książki), a jednak fabuła jest doskonale przemyślana i spójna logicznie. Każda pojawiająca się w głowie czytelnika niepewność znajduje swoje wyjaśnienie.

Ogromnie rozbawiały mnie dyskusje Patricka oraz pełniących posługę Bożą w Ameryce sióstr – Mary i Almy, dotyczące naszego kraju oraz ich przemyślenia na temat Polski.

"(...) Fascynuje mnie też nowy Metal Storm. Podobno potrafi wystrzelić w ciągu sekundy kilkadziesiąt pocisków, ale pewnie w Polsce go nie kupimy. Do tych krajów Trzeciego Świata wszystkie nowinki dochodzą z opóźnieniem...
-O czym siostra mówi?! - zapytał doprowadzony już prawie do płaczu Patrick, po czym odezwała się w nim odrobina patriotyzmu. W końcu w jednej którejśtam, na poczekaniu nie umiał tak szybko tego policzyć, był rodakiem Kopernika, Szopena i Wałęsy – Poza tym Polska to nie Trzeci Świat! Należy do Unii Europejskiej!
-Naprawdę?! - zdziwiła się szczerze siostra Mary. - A byłam pewna, że to ten zabawny azjatycki kraj między Rosją a Chinami. Ten, co to tam głównie pasą owce i kozy. Nawet mówiłam siostrze Almie, że dla kamuflażu będziemy musieli sobie kupić po czapce z lisa i kożuszku z barana."

"Pal licho, jeśli w wyniku ekstradycji trafią do amerykańskiej ciupy. Tam przynajmniej można oglądać telewizję, chodzić na siłownię i czytać książki. I brać codziennie prysznic, choć może akurat o tym lepiej nie myśleć... A jeśli będą musieli spędzić kilkadziesiąt lat w polskich kazamatach? Licho wie, czy więźniów nie zmusza się tam do pracy w kamieniołomach czy czegoś równie nieprzyjemnego. Niby cywilizowany kraj, ale jak tam jest z zakładami karnymi, tego Patrick tak dokładnie nie wiedział. Mając przed oczami wizję, jak ubrany w łachmany i siepany co parę sekund po plecach batem, zajmuje się dźwiganiem przerażająco wielkich bloków kamiennych w scenerii kojarzącej się z filmem "Faraon", stanowczo zaprotestował przeciw podróży do kraju swoich przodków."

Jak napisałam wyżej i widać w cytowanych przeze mnie fragmentach – kilkakrotnie (no, może nawet kilkunastokrotnie) książka mnie rozbawiła. W większości jednak zastosowany w niej humor nie przypadł mi do gustu tak, jak ten z dwóch poprzednich publikacji autora. Niby dowcip wylewał się niemal z każdej kartki, ale to nie było to poczucie humoru co wcześniej. Czytając przygody Joanny i Betty śmiałam się w głos. "Jak cię zabić, kochanie" chwilami wprawiało mnie w dobry nastrój (zresztą fragmenty, które mnie rozbawiły cytuję powyżej), jednak oczekiwałam większej ilości dobrej zabawy podczas tej lektury. A może to moje oczekiwania wzrosły?

Bardzo spodobało mi się zakończenie książki, takie bajkowe wręcz. ;)


Jeśli czytaliście "Jak cię zabić, kochanie" i spodobała Wam się ta książka – musicie sięgnąć po dwie poprzednie pozycje, żeby bawić się jeszcze lepiej. Jeśli natomiast ta lektura pisarza była pierwszym z nim spotkaniem i nie przypadła Wam do gustu? Również musicie sięgnąć po dwie wcześniejsze, aby przekonać się, że Alek Rogoziński pisze naprawdę świetnie, a śmiechom przy lekturze jego pozycji nie ma końca. :D
Z całego serducha polecam Wam "Ukochanego z piekła rodem" (pod tym linkiem znajdziecie moją recenzję) oraz "Morderstwo na Korfu" (więcej o moich wrażeniach tutaj). A jeśli czytaliście już jakąś (jakieś) książkę (książki) autora koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami na ich temat w komentarzach.