wtorek, 29 września 2015

"Rosół z kury domowej" - moja recenzja przepysznej lektury.

Ostatnio czytam kilka książek jednocześnie. Dlaczego? Bo jest ich tak wiele i są tak świetne, że nie sposób wiecznie odkładać ich lektury. "Florystkę" Katarzyny Bondy (która zapowiada się niesamowicie, ale wymaga sporej koncentracji) przeplatam z "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę" (stawiającą do pionu w trudniejszych chwilach) oraz "Małym Księciem". Kiedy jednak w Biedronce upolowałam "Rosół z kury domowej" Nataszy Sochy i poczułam potrzebę przeczytania czegoś lżejszego i dowcipnego zarazem – od razu przystąpiłam do jej czytania. Minęło kilka dni i, mimo wielu innych zajęć zaprzątających głowę, lekturę zakończyłam. Cóż... zrobiło mi się smutno z tego powodu, bo chciałabym więcej. Planuję, iż może uda mi się dorwać w niedługim czasie "Maminsynka" tej autorki, na którego poluję lub inną podobną zabawną lekturę. Tymczasem czekam jeszcze na "Morderstwo na Korfu", które przesłać ma mi sam jej autor – Alek Rogoziński, i która łącząc w sobie kryminał i humor – na pewno zapewni mi kolejnych kilka radosnych dni. I pewnie znowu za szybko się skończy. Ech...
Ale dość już tej paplaniny. Do rzeczy! :) 


"Rosół z kury domowej" to pierwsza książka Nataszy Sochy, która wpadła w moje ręce i choćbym nie chciała przyznać muszę, iż to wartościowa, pełna humoru, a jednocześnie bardzo prawdziwa powieść, którą pożera się w mgnieniu oka, z zaciekawieniem śledząc losy czterech sympatycznych "kur domowych". Właściwie jednej przeszłej już, gdyż mąż podziękował jej "za współpracę" albowiem sam zakochał się w niejakiej Annie, dla której gotowanie i sprzątanie to mrzonki. To jednak nie koniec nieprzyjemności, które spadają na naszą perfekcyjną panią domu, albowiem jej matka, zamiast wspierać dziewczynę – zaczyna zarzucać ją pretensjami, jak Wiktoria mogła w taki sposób zburzyć jej spokojny, bezpieczny i poukładany świat. Słuchając żali matki Witktoria postanawia opuścić Polskę i pojechać na niemiecką wieś do swojej ciotki Klary, która "...była siostrą matki i osobą tak kompletnie od niej różną, że Wiktorii ciągle trudno było uwierzyć, że obie mają te same geny. Zdaniem matki, geny ciotki Klary uległy zmutowaniu już w okresie prenatalnym, dlatego też nigdy nie potrafiły odnaleźć wspólnego języka. Kiedy ich stopień nieporozumienia sięgnął zenitu, Klara bez słowa wyjechała do Niemiec, gdzie rozpoczęła zupełnie nowe życie. Bez udziału rodziny, za to z takim pożegnaniem:
-W głowie się nie mieści, ile rzeczy muszę mieć przez was w dupie."

Nasza bohaterka świetnie zdaje sobie sprawę z faktu, że jej wyjazd do Niemiec to ucieczka. "I to nawet nie przed mężem (niedługo byłym), który okazał się spodlonym przedstawicielem swojego gatunku, ani nie przed jego nowym obiektem miłości. Była to raczej ucieczka przed palącym wstydem, który uświadomił Wiktorii jedno – jest ofiarą. Niestety na własne życzenie."
Dodatkowo sam język niemiecki "był ostatnim, który jej się choć odrobinę podobał. Uczyła się go wprawdzie i w liceum, i na studiach, ale po kilku latach postanowiła całkowicie wyprzeć go ze swojej głowy, ponieważ brzmiał twardo i groźnie (co nie znaczy, że całkiem go zapomniała). Wiktoria wychowana na Stawce większej niż życie oraz Czterech pancernych i psie, doskonale wiedziała, że Niemiec jest największym wrogiem Polaka, a dźwięki, które z siebie wydobywa, są wulgarne, ostre i niebezpieczne. Kiedy w liceum dowiedziała się, że na coś tak delikatnego, zwiewnego i ulotnego jak motyl w Niemczech mówi się Schmeterling, na dodatek z charkoczącym naciskiem na 'r', zrozumiała, że jej niechęć jest jak najbardziej uzasadniona i słuszna." 

Jak łatwo się domyślić, szczęśliwie osoby z którymi spotyka się Wiktoria poza granicami Polski, w większości okazują się całkiem przyjazne. Szczególna przyjaźń zaczyna łączyć ją z trzema "kurami domowymi": Judith, Marą i Leą. Razem postanawiają wprowadzić w swoje życie ciekawy projekt, który ich życie przewróci do góry nogami.

Oczywiście cała historia nie miałaby miejsca gdyby nie zniewolenie, które zafundowali bohaterkom powieści ich mężowie. Początkowo czepiałam się, iż panowie opisani w książce za każdym razem okazują się zakompleksionymi wiecznymi chłopcami lub durniami po prostu. "Co za przewrażliwianie" – myślałam. Koniec końców okazało się na szczęście, że nie wszyscy przedstawieni w tomiku mężczyźni są tempymi palantami. :D I przyznać musiałam, że portrety psychologiczne mężów naszych bohaterek są bardzo ciekawe i niestety takich pseudo-mężczyzn można spotkać współcześnie. Podobnie, jak kobietom zdarza się popaść w zniewolenie od palantów, którym zależy tylko na tym, by ich "baba" perfekcyjnie zajmowała się domem, dziećmi, nie miała własnego zdania i tylko swemu "panu" przyklaskiwała na każdym kroku. Czytając książkę – cieszyłam się ze swego braku perfekcjonizmu oraz pracy, która każdą kobietę w pewien sposób czyni jednak niezależną. :D
Wszystkie postacie w książce opisane są tak wspaniale, że trudno przejść obok nich obojętnie. Nietóre szczerze polubiłam, innych nie mogłam znieść, a niejakiego Wunibalda osobiście najchętniej na pal bym nabiła. :D

Ostatnio pasjami wyszukuję głupot w najbardziej polecanych książkach. Tak było i tym razem. I znalazłam całostronicowy tekst o tym, w jaki sposób ludzie jedzą jabłka, a pod nim 'głęboką' myśl "... nie ma na świecie dwóch osób, które w identyczny sposób jadłyby jabłko".
O matko! - myślałam. Cóż za niesamowity wywód. ;D Im bardziej jednak zagłębiałam się w treść książki, tym mniej przeszkadzały mi opisy dotyczące zasad perfekcyjnego sprzątania, działania dzięgla bądź muchomora sromotnikowego na organizm ludzki, czy w końcu anatomiczny opis piersi. Ostatecznie opisy te nie znalazły się w książce przez przypadek, a wręcz dopełniły jej treści. :)
Czytadełko przepełnione jest humorem, ale możemy w nim znaleźć też wiele mądrości życiowych. Oto niektóre z nich:

"Każdy człowiek musi być chociaż przez chwilę sam. To konieczne dla naszego zdrowia psychicznego. W życiu powinno być miejsce na wszystko: rodzinę, dom, ale też na własne hobby."

"Nie chodzi o to, żeby było idealnie w życiu. Idealność jest nudna. Ważniejsze jest znalezienie równowagi w całym tym chaosie. Swojej własnej równowagi."

"To, jak postrzegamy same siebie, autoamtycznie rzutuje na ocenę otoczenia."

Innych godnych uwagi cytatów, także tych dotyczących życia erotycznego, bardzo cennych moim zdaniem – poszukajcie w książce sami.

Dodatkowo w czytadełku znaleźć można kilka przepisów kulinarnych na słodkości. Palce lizać! :))

"Rosół z kury domowej" polecam wszystkim: kobietom, mężczyznom, osobom pozostającym w związkach, a także samotnym. W tej powieści każdy znajdzie coś dla siebie. Szczególnie zachęcam ją do czytania na poprawę humoru w jesienne dni i wieczory.


A Wy? Czytaliście już tę książkę? A może jakąś inną lekturę Nataszy Sochy? Koniecznie napiszcie o swoich wrażeniach. :))