środa, 29 kwietnia 2015

"Nie oddam dzieci" Katarzyny Michalak - recenzja sercem pisana.

Jesteście ciekawi dlaczego w temacie postu użyłam słów "recenzja sercem pisana"? Odpowiadam "Po prostu. Bo inaczej się nie da".


Książka "Nie oddam dzieci" jest trzecią, przeczytaną przeze mnie, a jednocześnie najnowszą powieścią Katarzyny Michalak. Nie będę owijała w bawełnę – książka jest niesamowita. Warto po nią sięgnąć, by przypomnieć sobie jak ulotne jest życie i zacząć w końcu cieszyć się bliskością rodziny (każdą spędzoną z nimi chwilą), korzystać z każdej danej nam minuty istnienia bez odkładania ważnych dla nas spraw na "jutro". Warto zajrzeć do niej, jeśli mamy ochotę wzruszyć się, popłakać (daj nam Boże, jedynie przy książce, nie zaś w życiu prywatnym), a w końcu uwierzyć w sprawiedliwość i obudzić w sobie nadzieję na lepsze jutro, lub jeśli po prostu pragniemy poświęcić kilka godzin naprawdę dobrej lekturze.
Ostrzegam od razu! To nie jest książka dla każdego! Jest naprawdę do głębi przejmująca. Jej pierwsza część to emocjonalny rollercoaster i jeśli przebrniecie przez nią bez uronienia choćby jednej łzy – to jesteście albo niesamowicie odporni, albo szaleni, albo totalnie popieprzeni, podobnie jak jej dwóch "bohaterów", którzy za nic mają uczucia innych, ich zdrowie i życie, a liczy się dla nich jedynie ich chore podniecenie, zadowolenie z wyrządzonych krzywd i narkotyki. Kiedy myślę o tych "osobach" – cisną mi się na usta najgorsze przekleństwa, a najbardziej boli mnie fakt, że tacy popaprańcy naprawdę istnieją we współczesnym świecie, krzywdzą innych i pozostają bezkarni.
Książkę pochłonęłam w ciągu kilku godzin. "Nie oddam dzieci" zaczęłam czytać późnym wieczorem w dniu, w którym ją otrzymałam, a skończyłam o 2:00 w nocy. Rano zaś obudziłam się – myśląc o jej treści i zawartym w niej przesłaniu. Kiedy czytałam jej pierwszą część co rusz musiałam przerywać, gdyż do oczu napływały mi łzy, oddech stawał się cięższy i z problemami łapałam powietrze, a w klatce piersiowej czułam napięcie i ból, jakie czuję w chwilach ogromnego wzburzenia.
Nie wiem (i nigdy nie chciałabym dowiedzieć się na własnej skórze), co czuje osoba, która straci dziecko, mogę się tego tylko domyślać, a Michał Sokołowski (główny bohater książki) traci nagle dwie najbliższe sercu osoby: żonę i 3-letniego synka. Myślę, że jego reakcja na tę straszną wiadomość (opisana przez Katarzynę Michalak) oraz kolejne kroki przedstawiają rzeczywiste zachowania osoby, która ma już więcej nie ujrzeć swoich najbliższych. Nie wiem, czy autorka miała możliwość rozmawiać z osobami, które przeżyły podobną traumę – jednak w doskonały sposób przedstawiła pierwszą reakcję i kolejne kroki osoby (a właściwie osób) po tak wielkiej stracie. Najpierw niedowierzanie, potem ogromny ból, nadzieja, że może jednak to jakaś pomyłka, że nieprawda, a następnie kolejny cios, i kolejny, gdy z każdą chwilą informacja się potwierdza. :((

"Powiedział to. Wreszcie powiedział to dzieciom i rodzinie.
Zacisnął powieki, słysząc czy niemal czując ciszę – tę jedyną w swoim rodzaju, nabrzmiewającą niedowierzaniem i przerażeniem ciszę, która zawsze zapadała po takich słowach. Ile razy przekazywał tę straszną wiadomość rodzinie zmarłego pacjenta, zawsze zapadała taka właśnie cisza. W najgorszych koszmarach nie przypuszczał, że będzie musiał powiedzieć to swoim dzieciom, swojej rodzinie.
Cisza pęka nagle. Świat wokół rozpada się na kawałki wśród krzyków – jeszcze niedowierzających, jeszcze brzmiących nadzieją, że te słowa nie padły, że Michał tak okrutnie zażartował, że za chwilę przez drzwi wpadnie mały Antoś, za nim wejdzie Marta i powróci świat sprzed tych słów. Ale nagle niedowierzanie zamienia się w przerażenie, nadzieja pryska, a jej miejsce zajmuje bezbrzeżna, bezgraniczna rozpacz."

Gdy do świadomości osoby, która straciła kogoś bliskiego, szczególnie tak nagle i w tak dramatycznych okolicznościach jak Michał, dochodzi w końcu ta okrutna informacja – osoba ta zaczyna zadawać sobie pytania: Czy mogłam (mogłem) zrobić coś, by do tego nie doszło, zapobiec tej sytuacji? Później przychodzi czas na obwinianie siebie za to, iż wcześniej nie mieliśmy czasu dla kochanej osoby, nie zatrzymaliśmy jej przy sobie kilka minut, dzięki którym może nadal by żyła.

"To nie tamten bandyta, ale ty, właśnie ty jesteś temu winien – po raz pierwszy, ale nie ostatni, o nieee, na pewno nie ostatni, odzywa się okrutny głos w jego głowie. Gdybyś pamiętał o urodzinach dziecka, gdybyś odebrał Antosia z przedszkola, teraz siedziałby bezpieczny za stołem i zdmuchiwał świeczki na torcie. Gdybyś wrócił do Marty na te kilka sekund... gdybyś nie zostawił jej w tamtym pokoju, spiesząc do swojej zasranej pracy... Teraz kroiłaby tort i patrzyła z czułością na Antosia, żywego Antosia, który... Gdybyś zatrzymał się na chwilę i nakazał przestawić Jakubowi samochód, żeby Marta z Antosiem mogli wrócić do domu potężnym, bezpiecznym SUV-em, może ocaliłbyś im życie, ale ty się za bardzo spieszyłeś." 

Osoba pogrążona w żałobie obwinia siebie i innych. Rozsądek podpowiada, iż za późno już na szukanie winnych, na obarczanie siebie lub kogokolwiek innego, a jednak emocje są tak silne, iż trudno z nimi walczyć. Pojawiają się pytania: Czy Bóg istnieje? Jeśli tak, to dlaczego pozwolił odejść komuś, kogo tak bardzo kochaliśmy, w dodatku tak dobrej osobie lub trzyletniemu dziecku (czym ono zawiniło)? Czy '"wszechmocny i wszechpotężny" Bóg jest aż tak bezduszny i okrutny?
Autorka książki w mistrzowski sposób opisała myślową kołomyję pojawiającą się w głowie osoby, która straciła najbliższych, w dodatku tak nagle i nieoczekiwanie.

Kiedy czytałam o facetach (jakoś nie mogę znaleźć innego wyrażenia, które nie było by okraszone stekiem przekleństw), którzy stali się sprawcami wypadku – miałam wielką nadzieję na to, że ich portrety zostały mocno przerysowane, że w rzeczywistości takich ............... nie ma, a jeśli już – to jest ich naprawdę niewielu i znajdują się na oddziałach zamkniętych. Z drugiej strony wokół słyszymy tyle okrutnych historii, iż dochodzę do wniosku, że tak chore typy też chodzą po tym naszym świecie. I to jest przerażające. Mam nadzieję, że to jednostki, które niedługo znajdą się tam, gdzie powinni: w zakładach psychiatrycznych lub więzieniach o zaostrzonym rygorze.
Pisarka doskonale przedstawiła portrety pscyhologiczne opisanych w książce postaci. Podoba mi się, że przedstawiła zarówno emocje, uczucia i myśli okrutnie doświadczonej przez los rodziny zmarłych (Michała i jego dzieci), jak i zbirów, którzy przyczynili się do śmierci Marty oraz 3-letniego Antosia.

Katarzyna Michalak w tej cudownej książce pokazała jeszcze coś ważnego i smutnego niestety. Przedstawiła niesprawiedliwość niejednokrotnie mającą miejsce w polskich realiach. Krzywdzące wyroki sądowe, bezradność policji w stosunku do bandziorów.

 "Prokurator podniósł się powoli, obszedł biurko i stanął przed młodym człowiekiem, patrząc na sierżanta z mieszaniną podziwu i litości. On też kiedyś był pełen ideałów. Znaleźć dowody, doprowadzić do aresztowania i zrobić wszystko, by sprawiedliwości stało się zadość. Szybko pozbawiono go złudzeń. Nie istniało coś takiego jak sprawiedliwość, a już na pewno nie, jeśli chodzi o tych na świeczniku."

Przykre to bardzo i nie wiem, co mogłabym dodać w temacie, dlatego pominę milczeniem. :(

Ja opisując książkę podzieliłam ją sobie na dwie części. Pierwszą, w której Michał i jego bliscy dowiadują się o śmierci Marty i Antosia, przeżywają ból po ich stracie. I drugą – w której Michał powinien wziąć się w garść i zająć pozostałymi dziećmi.
W tej części opowieści główny bohater strasznie mnie denerwował. Miałam ochotę wstrząsnąć nim porządnie, aby wyszedł z marazmu w który popadł i starał się... dla swoich dzieci, które wciąż przy nim były, a wszystko wskazywało na to, że za chwilę może również je stracić. Nasz bohater stał się kompletnie bezradny i dodatkowo los zsyłał na niego kolejne katastrofy. Czy doktor stanął na nogi? Czy dzieci zostały przy nim, czy jednak trafiły do domu dziecka? Aby się tego dowiedzieć, musicie przeżyć tę pełną emocji książkę. Przeżyć, nie piszę przeczytać – ponieważ jej nie da się po prostu przeczytać. Ją przeżywa się całym sobą.

 
Książka jest przerażająco smutna, a jednak, gdy doczytacie ją do końca – zabłyśnie nadzieja, co jest kolejnym, wielkim plusem tej publikacji. :) Jestem ogromnie zadowolona z zakupu i dziękuję za każdą minutę, którą mogłam spędzić czytając tę powieść. :) Dodam, że powinna być to obowiązkowa lektura dla każdego kierowcy.
Książkę odstawiam na półkę jako jedną z tych najbardziej cenionych. Na pewno sięgnę po nią ponownie, a dopóty nie trafi się kolejna okazja jej przeczytania w głowie mojej pozostaną słowa:

"- Kiedy... kiedy będzie jutlo?"

Kto je wypowiedział? W jakiej sytuacji? Dlaczego? Tego też nie powiem. Musicie dowiedzieć się sami. Przeczytajcie tę książkę – na pewno nie pożałujecie. I cieszcie się... każdą chwilą. Spędzajcie jak najwięcej czasu z rodziną i przyjaciółmi, róbcie to, co lubicie robić. Nie odkładajcie tego co najważniejsze i dobre dla Was do jutra. Jutra może nie być...