sobota, 10 września 2016

Weekend z klasyką - "Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell

Ostatnio dobierając lektury do przeczytania postanowiłam w końcu sięgnąć po klasykę. Od dłuższego czasu kusiły mnie książki Jane Austin. Pochłonęłam "Dumę i uprzedzenie" i jestem pod wrażeniem. Nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz ją przeczytałam. Więcej jednak o tej książce napiszę w jednej z kolejnych recenzji. Tymczasem dziś podzielę się z Wami wrażeniami po zapoznaniu się z książką Elizabeth Gaskell pt. "Panie z Cranford". 


Opis z okładki

"Powieść 'Panie z Cranford' przypomina
zbiór scenek rodzajowych. Urok dawno minionego świata,
niespieszna narracja, świetnie uchwycone charaktery,
snobizmy, śmiesznostki i cnoty bohaterek
wzruszają, denerwują i wywołują niepohamowaną wesołość.

Koniec XIX wieku, Cranford – miasteczko w hrabstwie Cheshire w Anglii.
Mieszkają tu głównie kobiety; przeważnie ekscentryczne bezdzietne wdowy
i stare panny. Ich zachowanie jest podporządkowane temu, co wypada, a czego
nie wypada osobie o danej pozycji w tym małomiasteczkowym środowisku.
Damy skrzętnie ukrywają niedostatki finansowe, nie skarżą się na brak
pieniędzy, to bowiem nie uchodzi, w zaciszu domowym natomiast czynią
drobne oszczędności – na świecach i ulubionych przysmakach.
Należą do klasy średniej, ale za wszelką cenę chcą uchodzić
za przedstawicielki klasy wyższej. Żyją tak, jakby od czasów ich młodości
nic się nie zmieniło, starannie ingorując fakt, iż świat wokół
gwałtownie przyspiesza."

Moja opinia o książce

Cranford to miejscowośc nietypowa, zamieszkana głównie przez panie.

"... kobiety rządzą we wszystkich domach o nieco wyższym czynszu. Jeżeli jakaś małżeńska para przybędzie do miasta na stałe, dżentelmen – w ten czy inny sposób – znika. Albo wypłasza go fakt, że na wieczornych przyjęciach on jeden reprezentuje płeć brzydką, albo tłumaczy jego nieobecność służba w pułku lub na okręcie, czy też zaangażowanie sprawami handlowymi, zmuszające do spędzenia wszystkich dni tygodnia w wielkim handlowym mieście Drumble, położonym przy linii kolejowej i odległym od Cranford zaledwie o dwadzieścia mil. Jednym słowem, cokolwiek dzieje się z panami – tu ich nie ma. Bo i cóż by tu mogli robić, gdyby pozostali? (...) Aby utrzymać strzyżone ogrody, pełne wspaniałych kwiatów, bez jednego chwastu; aby rozstrzygać wszystkie problemy literatury i polityki bez zamęczania się zbędnym rozumowaniem czy argumentacją; aby posiąść dokładną i nieomylną znajomość spraw każdego w naszej parafii; aby utrzymać schludne pokojóweczki w podziwu godnym rygorze; aby okazywać biednym dobroć (nieco po dyktatorksu), a sobie nawzajem świadczyć w złej godzinie rzeczywiste przysługi – na to w Cranford zupełnie wystarczą panie."




Narratorką w "Paniach z Cranford" jest Mary Smith, dawna mieszkanka tego miasteczka, która wciąż odwiedza w nim swe przyjaciółki i opowiada o wydarzeniach, które mają w nim miejsce. Mówi też o zwyczajach i mentalności żyjących tam pań, a owe pozują na majętne kobiety z wyższej sfery, o dużej ogładzie towarzyskiej, oburzając się na niewłaściwe zachowania innych. W rzeczywistości jednak nie posiadają dużych majątków, są ciekawskie (nawet nieco wścibskie) i wciąż poszukują sensacji, na które wraz z przyjaciółkami mogły by się oburzać lub o których mogły by przynajmniej poplotkować. Ale cóż mogą porabiać panie w miasteczku, w którym nie ma prawie żadnych mężczyzn? ;)

"(...) kiedy usłyszałyśmy pukanie do drzwi – pukanie kogoś, kto przychodził w odwiedziny: trzy wyraźne stuknięcia – skoczyłyśmy (prawdę mówiąc, panna Matty nie mogła chodzić bardzo szybko, bo miała trochę reumatyzmu) do swoich pokoi, aby zmienić czepeczki i kołnierzyki, kiedy powstrzymał nas głos idącej już po schodach panny Pole. - Nie odchodźcie... nie mogę czekać... wiem, że nie ma jeszcze dwunastej... proszę się nie kłopotać strojem... musimy porozmawiać. - Starałyśmy się ze wszystkich sił wyglądać tak, jakbyśmy to nie my poderwały się przed chwilą z krzeseł, co usłyszała panna Pole, bo oczywiście po co miałby kto przypuszczać, że donaszamy jakieś stare ubrania w 'zaciszu naszego domu', jak panna Jenkyns kiedyś ładnie nazwała tylny salonik, gdzie zawiązywała słoiki konfitur."

"Tacę naładowano obficie, co spostrzegłam z przyjemnością, bo byłam bardzo głodna, ale bałam się, że panie gotowe uznać te ilości jedzenia za wulgarne. Wiedziałam, co podałyby u siebie. Jednakże wszystko znikło. Widziałam, jak pani Jamieson spożywa ciasto sezamowe, powoli i z powagą, tak jak zwykła robić wszystko, ale zdziwiło mnie to, bo wiedziałam, że na ostatnim przyjęciu u siebie wyjaśniła, iż nigdy go nie podaje, ponieważ za bardzo jej przypomina pachnące mydło. Ale ona pełna była wyrozumienia dla tej nieznajomości zwyczajów wielkiego świata i nie chcąc ranić uczuć pani domu, zjadła trzy wielkie kawałki ciasta, a na twarzy jej malował się wyraz pogodnego zamyślenia – podobnie jak u przeżuwającej krowy."

  
Osobiście mam wrażenie, iż Elizabeth Gaskell ukazała w powieści przywary ludzkie, które nie dotyczą jedynie społeczności małomiasteczkowej i czasów przez nią opisanych, ale również osób o różnym pochodzeniu i są zdecydowanie ponadczasowe. :D

Dzięki Mary Smith poznajemy historię kapitana Browna i jego córek, uczestniczymy w przyjeździe do miasteczka iluzjonisty Signora Brunoni, towarzyszymy w trudnej sytuacji życiowej Matty (przyjaciółki narratorki), zgłębiamy wydarzenia dotyczące biednego Petera (jej brata). I właśnie te ostatnie z całej rzeszy interesujących opowiastek – najbardziej przypadły mi do serca.

"-Biedaczysko ten Peter – westchnęła. - Stale znajdował się w opałach. Był zbyt łatwowierny. Zachęcali go do wybryków, a potem to on ponosił konsekwencje. Ale zbyt lubił psoty. Nie mógł się oprzeć pokusie, gdy był jaki figiel do spłatania. Biedny Peter."

Dużym plusem "Pań z Cranford" jest fakt, iż książka budzi emocje. Gdy czytałam opowiadania dotyczące życia mieszkańców często odczuwałam radość i nieraz śmiałam się z opisanych historii oraz przywar tamtejszej ludności. Jednak równie często lektura wprawiała mnie w smutek i nostalgię.
Bardzo podobały mi się odniesienia do literatury oraz dyskusje na jej temat.
Wśród bohaterów szczególnie upodobałam sobie dwie panny: Matty (u której najczęściej nasza bohaterka przebywała w gościnie) oraz Pole.
Matty to kobieta ciepła, wrażliwa, nostalgiczna, niepewna swej wartości, pragnąca dobra i szczęścia wszystkich wokół.

"Wszyscy kochamy pannę Matty i myślę, że wszyscy stajemy się lepsi, gdy ona jest w pobliżu".

Nic dziwnego zatem, że i ja polubiłam tę bohaterkę. Panna Pole to całkowite jej przeciwieństwo, jednak historie z jej udziałem wprawiały mnie w bardzo dobry humor.

Nie mogłam powstrzymać się, aby do recenzji nie wpleść kilku kadrów z filmu. ;)


A Wy? Czytaliście "Panie z Cranford"? A może polecicie mi jakąś inną, interesującą klasykę?