niedziela, 13 sierpnia 2017

Czy po lekturze "We wspólnym rytmie" nadal kocham Jojo Moyes? ;)

Do tej pory przeczytałam dwie książki Jojo Moyes. Były to: pozycja znana pewnie większości z Was (przynajmniej ze słyszenia) pt. "Zanim się pojawiłeś" (moja opinia), która skradła moje serce i uznałam ją za jedną z najlepszych przeczytanych przeze mnie w 2016 roku książek (oto wpisoraz "Dziewczyna, którą kochałeś" (moje wrażenia), zupełnie odmienna od poprzedniej, a jednak i ona całkowicie mnie uwiodła. Gdy dowiedziałam się, że w lipcu będzie premiera książki "We wspólnym rytmie" od razu napisałam do wydawnictwa


z prośbą o jej egzemplarz recenzencki.

Mała prywata!
Pani Paulo! Jeszcze raz pięknie dziękuję za książkę! <3 <3 <3
Koniec prywaty! ;)


Opis książki (z okładki)

„Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, których potem żałowała. Gdy człowiek traci kogoś bliskiego, nie zawsze zachowuje się rozsądnie. Kiedy Natasha decyduje się pomóc spotkanej w podejrzanych okolicznościach Sarze, nie przypuszcza, że ta 'dziewczyna znikąd' odkryje przed nią życie na nowo.
Co się stanie, gdy Natasha zaryzykuje wszystko dla dziewczynki, której nawet nie zna i nie rozumie? Czego można się nauczyć od osoby, która kocha bardziej konie niż ludzi?”

Moja opinia

Powiem to od razu, bez zbędnego kręcenia! Właśnie skończyłam czytać "We wspólnym rytmie" i jestem zachwycona tą książką. Niewiele jest autorek, które trafiają do czytelników z każdą jedną pozycją, a jednak Jojo zachwyca mnie za każdym razem. Teraz boję się sięgnąć po czekającą na lekturę "Kiedy odszedłeś". Obawiam się, iż mogłaby ona nie doścignąć fenomenu trzech poznanych przeze mnie powieści i że moje zauroczenie pisarstwem Jojo – mogłoby zostać choćby naruszone, a jednocześnie chciałabym pobyć z pisarką dłużej i pochłonąć tę powieść od razu.
Jestem zachwycona lekkością pióra autorki. Moc opisów (za którymi zwykle nie przepadam) znajdujących się w książce "We wspólnym rytmie" nie sprawiała, bym czuła się znużona, zmęczona, bym uważała je za zbędne, a wręcz przeciwnie – sprawiała, iż chłonęłam historię całą sobą, niemal każdym zmysłem. Dokładnie wyobrażałam sobie kreowane przez pisarkę obrazy. Widziałam pełnię tworzonych przez nią sytuacji, postaci, barw...
Zakończenie historii, którą przedstawia powieść początkowo wydaje się przewidywalne. Po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron możemy domyślać się jej zakończenia, a tymczasem bohaterowie postępują w tak dziwny, nieoczekiwany sposób, iż bieg historii zmienia się diametralnie. Po pewnym czasie, kiedy już wydaje się nam, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i spotka nas piękne zakończenie, Jojo po raz kolejny zaskakuje nas nieprzewidzianymi zdarzeniami. Ogromnie przypadła mi do gustu ta swoista gra pisarki z czytelnikiem.


Stworzeni przez Jojo bohaterowie posiadają zalety i wady. Są osobami nieidealnymi, popełniającymi błędy, co czasem może nawet czytelnika irytować, a jednocześnie są oni tak bardzo prawdziwi. W trakcie lektury zżywamy się z nimi i nabieramy chęci, by w ogóle się nie rozstawać. Żałujemy, że to nie rzeczywiste postacie, a jedynie wytwór wyobraźni autorki.
Treść książki przedstawia piękną miłość człowieka do zwierzęcia (i na odwrót). 14-letnia Sarah i jej koń Boo są sobie bezgranicznie oddani. Można by rzec, że po tym, jak dziadek dziewczynki zachorował Boo staje się jej jedynym sensem istnienia. Czternastolatka na czas choroby dziadka umieszczana w kolejnych rodzinach zastępczych ukrywa przed dorosłymi swoje problemy, uczucia, a Boo staje się jej jedynym powiernikiem i tylko czas z nim spędzony potrafi oderwać dziewczynkę od trudnej rzeczywistości. Sarah jest nieufna, zataja swoje problemy przed osobami, które mogłyby jej pomóc, ale trudno dziwić się takiemu zachowaniu zagubionego dziecka. Poplątane losy nie są jednak wyłącznie domeną dziewczynki. Natasha i Mac właśnie się rozstają, oboje mają już nowych partnerów i dążą do ułożenia sobie życia. Mimo to relacje między nimi są napięte, a sprawy o których powinni porozmawiać już dawno z powodu wzajemnych żali i tworzonych przez nich niedopowiedzeń wciąż pozostają niewyjaśnione.
W książce spotykamy wielu negatywnych, ale i pozytywnych bohaterów. Osobiście ogromnie polubiłam Kowboja Johna, a jego wypowiedzi niejednokrotnie wywoływały u mnie śmiech.

"Gdy wyjechali z tunelu, wieczorne niebo już ciemniało, a Mac całkiem podupadł na duchu, stwierdziwszy, że korki po drugiej stronie w ogóle się nie zmniejszyły. Włączył prawy kierunkowskaz, sygnalizując, że skręca na dwupasmówkę.
-John uważa, że koń będzie musiał dużo wcześniej odpocząć.
Natasha odkaszlnęła aluzyjnie, po czym opuściła szybę. Pociągnęła nosem i odwróciła się w fotelu. Zapadła złowieszcza cisza.
-Czy to jest to, co mi się wydaje? - zapytała
-A skąd mam wiedzieć? - mruknął John. - Nie siedzę w twojej głowie.
-Czy to jest... trawa?
Ostrożnie wyjął skręta z ust i obejrzał go dokładnie.
-Mam nadzieję, biorąc pod uwagę, ile zapłaciłem.
-Nie możesz tego palić w samochodzie. Mac, powiedz mu.
-No przecież nie wysiądę, żeby zapalić, no nie, paniusiu?"

Pisarka przeprowadziła dokładny research do książki. Widać jej ogromną wiedzę na temat francuskiej szkoły jeździeckiej Le Cadre Noir (do której wielokrotnie odwołuje się w książce) oraz tanecznych i cyrkowych figur wykonywanych przez konie. Podobało mi się, gdy Papa (dziadek Sarah) używał francuskich zwrotów, tłumaczonych czytelnikowi w przypisach. Zaciekawiła mnie również opowieść dotycząca miłości dziadka i babci czternastolatki, albowiem miłość ta tylko z pozoru wydawała się pełna radości i nieskomplikowana.
Książka wywołała we mnie lawinę przeróżnych uczuć. Podczas lektury czułam naprzemiennie: ciekawość, smutek, żal, zaskoczenie, gniew, złość, radość, wzruszenie. Zdarzało się, iż uśmiechałam się, a kilka razy nawet wybuchnęłam śmiechem. Przez większą część powieści jednak towarzyszyły mi zaskoczenia i smutek. Pod koniec łzy płynęły po moich policzkach, a ja nie mogłam (i nie chciałam) ich powstrzymywać. I to było piękne! W tym momencie (jak również po zakończeniu lektury) czułam, że Jojo Moyes jest fenomenalną pisarką, doskonale współgrającą z moim poczuciem piękna. To najlepsza pisarka jaką znam. Każda jej książka (z tych, które przeczytałam dotychczas) różni się treścią, sposobem podejścia do tematu. Fabuła każdej z nich jest doskonale przedstawiona i poprowadzona. Nie wiem, czy jakikolwiek autor będzie w stanie ją przebić i mam nadzieję, że podczas lektury kolejnych jej książek – będę zafascynowana równie mocno, jak teraz.



A Wy czytaliście już książki Jojo Moyes? Zrobiły na Was tak wielkie wrażenie jak na mnie? Napiszcie też, jaki autor jest tym Waszym NAJ... :))