wtorek, 11 sierpnia 2015

W świecie "Rywalek" Kierry Cass


Społeczeństwo podzielone na klasy. Rozdzielenie ludu od Jedynek – stojących w hierarchii najwyżej, po Ósemki – największą w państwie biedotę. W takim kraju przyszło żyć Americe. Jednej z piątki rodzeństwa, należących do rodziny artystów, w hierarchii społecznej kwalifikowanych jako Piątki.

"Nasza klasa społeczna znajdowała się blisko dna. Byliśmy artystami, a artyści i muzycy lokowali się tylko trzy szczeble ponad błotem. Dosłownie. Zarabiane przez nas pieniądze ledwie wystarczały na bieżące potrzeby i były w ogromnym stopniu uzależnione od pory roku". 

Nadzieją na polepszenie bytu rodzin ulokowanych w hierarchii niżej były Eliminacje, podczas których miała zostać wybrana przyszła żona księcia Maxona. Jako, że America spełniała niezbędne wymogi do jej domu przyszedł list, w którym zaproszona została do konkursu. Dziewczyna nie była jednak nim zainteresowana.

"(...) myśl o tym, że miałabym stanąć do obserwowanego przez cały kraj konkursu, w którym ten nadęty mięczak wybierze sobie najefektowniejszą i najpłytszą z oferowanych dziewcząt, żeby została milczącą ładną buzią w tle jego wystąpień telewizyjnych, sprawiała, że miałam ochotę krzyczeć. Czy można było wymyśleć coś bardziej upokarzającego?
Poza tym byłam w domach wystarczająco wielu Dwójek i Trójek, żeby zyskać pewność, że nie mam ochoty stawać się jedną z nich, nie mówiąc już o Jedynce. Jeśli nie liczyć chwil, kiedy bywałam głodna, całkowicie odpowiadał mi status Piątki."

Ponad to miłością życia Americi był Aspen.

"Nie chciałam być księżniczką Illei, tylko Aspena.
Cierpiałam, kiedy nie byliśmy razem. Często chodziłam jak błędna, zastanawiając się, co on może zrobić. Gdy nie mogłam już tego wytrzymać, ćwiczyłam grę na różnych instrumentach – naprawdę powinnam mu podziękować, bo to dzięki niemu doszłam do obecnej biegłości. Doprowadzał mnie do szaleństwa.
Aspen był Szóstką. Szóstki były służącymi stojącymi tylko jeden szczebel nad Siódemkami i różniącymi się od nich odrobinę lepszym wykształceniem i przeszkoleniem do prac domowych. Aspen był mimo to najinteligentniejszym ze znanych mi ludzi, a przy tym był zabójczo przystojny, ale kobiety niezwykle rzadko wychodziły za mąż za kogoś z niższej klasy. Taki mężczyzna mógł oczywiście poprosić o twoją rękę, ale niemal nie zdarzało się, by oświadczyny zostały przyjęte. Jeśli się wychodziło za kogoś z innej klasy, trzeba było złożyć mnóstwo dokumentów i odczekać chyba dziewięćdziesiąt dni, zanim można było załatwić dalsze wymagane przez prawo formalności. Nieraz słyszałam, że to dlatego, by dać ludziom czas na ewentualną zmianę decyzji."

Mimo szczerej niechęci dziewczyny do udziału w rywalizacji – wkońcu udało się ją namówić mamie oraz Aspenowi do zgłoszenia swej kandydatury w Eliminacjach.

"-Posłuchaj, Mer. - Przysunął usta do mojego ucha. To było nieuczciwe, wiedział, że w ten sposób nie zdołam się na niczym skoncentrować. Jego głos był niski i gardłowy, jakby mówił coś romantycznego, chociaż w jego propozycji nie było cienia romantyzmu. - Gdybyś miała szansę na coś lepszego i nie skorzystała z niej ze względu na mnie, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Nie potrafiłbym.
Odetchnęłam gwałtownie.
-To absurd, pomyśl o tych tysiącach dziewcząt, które się zgłoszą. Nie zostanę nawet wylosowana.
-Jeśli nie zostaniesz wylosowana to jakie to ma znaczenie? - Jego dłonie pocierały teraz moje ramiona. Nie potrafiłam się z nim kłócić, kiedy zachowywał się w taki sposób – Chcę tylko, żebyś się zgłosiła, spróbowała. Jeśli cię wybiorą, pojedziesz tam, a jeśli nie, to przynajmniej nie będę się zadręczał myślą, że zrezygnowałaś przeze mnie.
-Ale ja go nie kocham. Nawet go nie lubię. Nawet go nie znam.
-Nikt go nie zna, więc może mogłabyś go polubić.
-Aspen, przestań. Kocham cię.
-A ja kocham ciebie. - Pocałował mnie, żeby to udowodnić. - A jeśli ty mnie kochasz, postąpisz tak, żebym nie musiał się torturować myślami o tym, co mogłoby się stać.
Skoro chodziło o niego, musiałam się poddać, ponieważ nie potrafiłabym go zranić. Robiłam, co tylko w mojej mocy, żeby ułatwić mu życie. Poza tym mówiłam prawdę, nie było cienia szansy, żebym została wybrana. Powinnam po prostu dopełnić formalności ku zadowoleniu wszystkich, a kiedy nie zostanę wybrana, temat będzie zamknięty."

I teraz każdy się już domyśla, że America, bohaterka książki "Rywalki" – dostała się do pałacu, by walczyć o względy księcia ;) oraz polepszenie sytuacji swojej rodziny. Tylko jak tu walczyć o miłość osoby, z którą nie chcemy być? A może wycofać się z konkursu? W takiej sytuacji jednak nie pomoże się rodzinie, której sytuacja mogłaby się znacznie poprawić. Czy w pałacu można zaprzyjaźnić się z którąś z "Rywalek"? A może naszej bohaterce uda się zaprzyjaźnić z kimś innym? Jak przetrwać, gdy zamek wciąż jest atakowany przez rebeliantów? Chcecie poznać odpowiedzi na te pytania? Zapraszam do lektury książki. :))

Od początku obawiałam się, że "Rywalki" okażą się romansem dla nastolatek i niemal od razu moje przypuszczenia potwierdziły się. Jednak nie do końca. Mimo, iż za romansidłami nie przepadam i nie jestem już nastolatką ;) książkę czytało mi się lekko i miałam przy tym ogromną przyjemność. Pierwszy tom trylogii Kiery Cass wciągnął mnie niemal od pierwszych stron. Z ogromnym zainteresowaniem i ciekawością obracałam kolejne strony opowieści, by poznać drogę Americi do pałacu oraz przygody, jakie ją w nim spotkały. Wraz z bohaterką poznawałam jej rywalki do korony oraz samego księcia Illei. Ciekawiły mnie przedstawione postacie. Niektóre z nich bardzo polubiłam i szczerze im kibicowałam, inne darzylam niechęcią i czekałam z niecierpliwością, kiedy powinie im się noga.
Ta książka to bajka. Bajka którą chętnie ujrzałabym w formie ekranizacji. Czytając ją wyobrażałam sobie przedstawione postacie i wydarzenia, wygląd pałacu oraz stroje młodych kobiet walczących o koronę. Choć wokół mnie nieraz był haos (w końcu książkę czytałam w wakacje, w gościnie u mojej kochanej licznej rodzinki) – nie miałam najmniejszego problemu ze zrozumieniem jej treści. Za to doskonale wyłączałam się od zgiełku świata zewnętrznego z uśmiechem na ustach, a nieraz zdumieniem, chłonąc kolejne strony historii. Ta opowieść przedstawiona na ekranie spodobałaby się na pewno nie tylko małym dziewczynkom i nastolatkom, ale także ich mamom, a może i babciom. ;)
Ostatnie strony (50, może 100) opowieści przeczytałam w błyskawicznym tempie. Akcja nabrała zdumiewającego tempa, a przedstawiona historia zaskakiwała mnie raz za razem. Nie mogę doczekać się kiedy w moje ręce wpadnie kolejny tom tej uroczej baśni. :))

A Wy? Mieliście już okazję przeczytać tę książkę? Zgadzacie się z moją opinią, czy może macie odmienne od moich wrażenia? Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami w komentarzach. :))