piątek, 27 marca 2015

"W imię miłości" - popadam w Michalakomanię? ;)

Po przeczytaniu książki "Dla Ciebie wszystko" z przyjemnością i zaciekawieniem sięgnęłam po kolejną pozycję Katarzyny Michalak. Z entuzjazmem wzięłam się za czytanie tym bardziej, iż okazało się, że "W imię miłości", podobnie jak poprzednia książeczka należy do całej serii, zwanej serią owocową. 



Bardzo chciałam poznać historię małej Ani, którą (jako już dorosłą kobietę) znałam z poprzedniego czytadełka. Tomik pochłonęłam w ciągu dwóch dni, czyli jeszcze szybciej, niż "Dla Ciebie wszystko". Autorka ponownie stanęła na wysokości zadania i uradowała mnie swoją książeczką ogromnie.
Opowieść o życiu Ani pochłonęła mnie całkowicie i z zapartym tchem przewracałam kolejne strony książki, by poznać jej dalszy ciąg. Oczywiście najbardziej ciekawiło mnie, jak zakończy się historia śmiertelnie chorej mamy Ani.
Ania chwilami wydawała mi się postacią bardzo nierzeczywistą. Oto 10-letnia dziewczynka, której poważnie chora mama dodatkowo popadła w depresję – podejmuje się opieki nad rodzicielką. Brakuje jej pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb, tj. leki dla mamy, czy choćby jedzenie, więc zakłada profil na Allegro i wyprzedaje książki z domowej biblioteczki. Dziewczynka dba o to, aby zawsze być schludnie ubraną i przygotowaną do lekcji, ponieważ zdaje sobie sprawę z faktu, że wówczas nikt w szkole nie zauważy, jakie ma problemy. Obawia się, że jeśli władze szkolne lub ktoś z otoczenia pozna jej sytuację – ona sama trafi do sierocińca, dlatego skrzętnie się kamufluje.
Zdaję sobie sprawę, że dzieci w różnych trudnych sytuacjach życiowych są w stanie jakoś sobie radzić, jednak czy 10-latek mógłby dźwigać aż taki ciężar i radzić sobie przy tym, jak nasza bohaterka? Wydaje mi się, że nie.
Podobnie jak w "Dla Ciebie wszystko" mamy do czynienia z sytuacją, w której dwie osoby (bohaterki) przeżywają dokładnie to samo. Mało tego – rzecz dotyczy mamy i córki. Każda z nich w wieku 17 lat ulega porywowi namiętności, na skutek którego zachodzi w ciążę i później zostaje sama z dzieckiem na wychowaniu. Jak dla mnie – duże te zbieżności sytuacyjne.
I znowu, jak w poprzedniej książce Kasi Michalak – kompletnie te drobne "błędy" (subiektywne błędy) nie przeszkodziły mi bym cieszyła się lekturą, z zaciekawieniem przewijając jej kolejne strony, wzruszając się i wzdychając z wrażenia podczas czytania.
"W imię miłości" to nie tylko opowieść o Ani i jej mamie. Poznajemy jeszcze całe grono innych, interesujących postaci i ich historie. Są to: Ned, Edward, Maria, redaktor Weronika, czy w końcu wredna Marlenka. Naprawdę warto sięgnąć po książkę by bliżej ich poznać.

 
W tym wszystkim popadłam chyba w Michalakomanię, bo w mojej biblioteczce już znalazło się pięć kolejnych książek pani Katarzyny. ;)