poniedziałek, 30 czerwca 2014

Moja recenzja książki "Miłość z jasnego nieba".

Witam Was cieplutko! :)

Dzisiaj pragnę Wam zrecenzować książkę, którą wczoraj skończyłam czytać. Jak wspominałam wcześniej jest to wyrwana z łap tygrysa (też chciał sobie poczytać ;) ) publikacja obyczajowa pt. "Miłość z jasnego nieba" Krystyny Mirek.

Do rzeczy... :) 
Głównymi postaciami są: Angelika i Daniel. Ich zadaniem jest podpisanie sprzyjającego ich firmom kontraktu. Oczywiście Angelika ma podpisać kontrakt rokujący pozytywnie wyłącznie jej firmie i szefowi, natomiast Daniel ma przygotowaną wersję, która będzie odpowiadała tylko jego firmie. Innej opcji nie ma, albowiem kiedy dziewczyna doprowadzi do podpisania swojego kontraktu wreszcie "... przestanie jeździć do klientów, usiądzie w biurze i zajmie się pracą sekretariatu. Żadnych więcej kluczowych umów, wyjazdów z szefem i uprzedzania jego życzeń", a musicie wiedzieć, że szef naszej bohaterki to bardzo nieprzyjemny typ i kobieta marzy o tym, aby uwolnić się od roli jego "asystentki do zadań specjalnych". Jeśli dziewczyna nawali – straci pracę i będzie musiała ponownie od samego początku piąć się po szczeblach kariery zawodowej.
Dla Daniela zaś podpisanie jego wersji kontraktu to najważniejsze wyzwanie, sprawa "życia i śmierci – jak mu codziennie przypominał wspólnik i najlepszy przyjaciel". "Umowa z niemiecką firmą będzie przepustką do spokoju, bezpieczeństwa... i przyjemności". To jednak nie jedyne pobudki naszej postaci. "Martwił się swoją sytuacją finansową. To między innymi właśnie kredyt hipoteczny, jedyna nietrafiona decyzja w jego życiu, spędzał mu sen z powiek i był przyczyną jego determinacji na polu zawodowym." 
Oboje są silnymi konkurentami, gdyż wcześniej z podobnych zadań wychodzili już zwycięsko. Tyle, że tym razem mają do zyskania to, czego naprawdę każde z nich pragnie. Ta umowa ma zaważyć na losach każdego z nich.
Warto wspomnieć, że oboje podczas przeprowadzania różnorodnych negocjacji wykorzystują swą urodę i wdzięk. Dla Daniela jest to szczególnie przyjemne. ;) 
Nasz bohater mieszka sam. Lubi spotykać się z kobietami, ale nie poczuł jeszcze do żadnej miłości. Spotyka się z nimi, po tym zaś, jak znajdą się w łóżku, z rana wymyka się z domu zostawiając drogą biżuterię dla nich oraz liścik, dający w grzeczny sposób do zrozumienia, że były tylko przygodą. Rodzice tego dorosłego mężczyzny śledzą (dosłownie) jego poczynania, gdyż bardzo pragnęliby ustatkowania się kochanego jedynaka.
Irytowało mnie ogromnie, kiedy czytałam, że połowa, jeśli nie większość pań, zatrudnionych w biurowcu, w którym pracuje też nasz przystojniak nosi pamiątkową biżuterię od niego. Czytając myślałam "Co to za facet. Przeleciał połowę biurowca, a kolejne zdobycze same pakują mu się w łapy. Porażka." Autorka książki znacznie przesadziła opisując podboje Daniela. A przy kolejnym tekście irytowałam się i śmiałam, załamując ręce. Uwaga! "Nie lubił jadać samotnie. Ale przejrzawszy nieliczne już grono zatrudnionych w biurowcu kobiet, na które miał ochotę, a jeszcze nie zdążył się z nimi umówić, postanowił porzucić chwilowo plany romansu. Uważał się za dżentelmena i zawsze był wierny zasadzie, by spotykać się z dziewczyną przynajmniej tydzień przed sfinalizowaniem związku w łóżku oraz stylowym pożegnaniem. Teraz nie miał tyle czasu. Zapewne następną jego partnerką będzie rudowłosa negocjatorka i nie chciał sobie psuć szyków nieprzewidzianymi komplikacjami. Kolejną żelazną zasadą, której nigdy nie łamał, było spotykanie się z jedną kobietą w tym samym czasie. Krótko, ale zawsze wiernie." Jejku, ależ to facet z zasadami. Bałam się że w dalszym ciągu będę musiała czytać podobne wkurzające mnie bzdury. I co? Autorka kompletnie mnie zaskoczyła. :)) 
Angelika i Daniel spotykają się w Krakowie, każde ze swoją wersją kontraktu do podpisania, bez szansy na jakiekolwiek ustępstwa. I tu pojawia się problem, ponieważ wkrótce zakochują się w sobie. Co z tego wyniknie? :) Oczywiście nie zdradzę, polecam sięgnięcie po książkę.
Mimo irytującego początku autorka tą publikacją podbiła moje serce. We wspaniały sposób poprowadziła wątki bohaterów, opisała sposób widzenia świata i życie każdego z nich, wprowadziła dodatkowe – równie mocno, jak główni bohaterowie, zaciekawiające czytelnika postacie. Chociaż jest to książka obyczajowa wiele się w niej dzieje. Co chwilę ze zdumienia otwierałam usta, mówiłam "O ja", "Ale numer" i podobne niezbyt górnolotne teksty. ;D Kiedy starsza córeczka chciała coś ode mnie – słyszała "Jejku, cicho, czytam". Świat bohaterów pochłaniał mnie całkowicie i z wielkim trudem odrywałam się od publikacji. Gdybym miała czas pochłonęłabym ją w jeden dzień. :) Wielokrotnie powtarzałam "Ale świetna książka", co potwierdzić może moja 10-latka. ;) Nie jest to książka akcji – a jednak cały czas trzyma czytelnika w napięciu. 
W trakcie czytania postanowiłam zajrzeć na jeden z blogów, aby przeczytać opinię na temat "Miłości z jasnego nieba". Autorka bloga napisała, jaki jest koniec książki. Pomyślałam, że niepotrzebnie to przeczytałam, bo nie będzie mi się chciało brnąć dalej. Okazało się to nieprawdą. Kolejne strony książki czytałam z zapartym tchem, a zakończenie było dla mnie zaskoczeniem. Inaczej zinterpretowałam słowa recenzji, którą wcześniej przeczytałam. No i na szczęście.
Jak wspomniałam. Nie tylko wątek dotyczący głównych postaci zaciekawia czytelnika. Poznajemy kilka innych osób powiązanych z naszymi głównymi bohaterami: rozwodnika Mateusza (wspólnika i najbliższego przyjaciela Daniela), jego byłą żonę, mamę oraz rodzeństwo Angeliki, a także rodziców naszego bohatera. Każda z tych postaci i wątki ich dotyczące – były ogromnie interesujące. 
Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem. Czyta się ją lekko i przyjemnie. Występuje w niej sporo postaci, a jednak odbiorca nie ma żadnych wątpliwości o kim w danej chwili jest mowa. Nie musi wertować stron, aby dowiedzieć się o kogo chodzi.
Ze szczerego serducha polecam tą pozycję wszystkim. Sama z ogromną ochotą przy pierwszej nadarzającej się okazji sięgnę po kolejne publikacje autorki. Jestem zaskoczona, że wcześniej tej pisarki nie znałam.

Pani Krystyno – dziękuję.
Czytelnikom – takich właśnie publikacji życzę. :)


A książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki Gosiek – współtworzącej blog Blask Książek, albowiem wygrałam ją w konkursie organizowanym na tej stronie. Jeśli macie ochotę poczytać recenzje książek, a często nowości wydawniczych, zapraszam 
tutaj.


A Wy? Mieliście już przyjemność czytać jakieś książki tej autorki? Jeśli tak – to co polecacie? A może macie jakieś inne spostrzeżenia? Zapraszam do podzielenia się nimi w komentarzach.

Na koniec wspomnę, że jeśli ktoś ma ochotę kupić naprawdę tanio (już za 3, czy 5 zł) interesujące książki koniecznie musi zajrzeć tu.
 

środa, 25 czerwca 2014

Razowy Kwas Chlebowy od Van Pur - opinia

Dzięki portalowi marketingu rekomendacji

 
miałam przyjemność zostać ambasadorką w kampanii Razowego Kwasu Chlebowego Van Pur. 
  
Wcześniej nie słyszałam o kwasie chlebowym, dlatego wzbudził on moje ogromne zainteresowanie. Zwłaszcza, że jest to napój, który powstaje wyłącznie z naturalnych składników: krystalicznej wody oraz jęczmiennego i żytniego słodu. Napój ten nie jest sztucznie dosładzany i barwiony, nie zawiera konserwantów i nawet zawarty w nim gaz jest naturalny.
Razowy Kwas Chlebowy:
  • gasi pragnienie,
  • orzeźwia,
  • dodaje energii,
  • jest doskonały dla osób dbających o zdrową dietę,
  • to wspaniały zamiennik niezdrowych napojów gazowanych.
Dzięki ogromnej paczce Razowego Kwasu Chlebowego, którą otrzymałam od Streetcom miałam przyjemność spróbować go ja, moi bliżsi i dalsi znajomi, a także kilka wspaniałych czytelniczek tego bloga. :))



Warto zaznaczyć również, że Razowy Kwas Chlebowy Van Pur występuje w trzech wariantach smakowych:

  • naturalnym,
  • śliwkowym (z dodatkiem naturalnego soku śliwkowego),
  • żurawinowym (z dodatkiem naturalnego soku żurawinowego).


Jak wspomniałam – dla mnie było to pierwsze "spotkanie" z kwasem chlebowym. Do spróbowania na początek wybrałam napój o smaku śliwkowym, gdyż słyszałam, że smakuje najlepiej. Po otwarciu butelki i nalaniu kwasu do szklanki "uderzył mnie" jego mocny zapach, który skojarzył mi się z drożdżami. Malutkimi łyczkami zaczęłam smakować napój. Początkowo nie było to dla mnie łatwe. ;D
Gdy dopiłam szklaneczkę do końca wpadłam na doskonały pomysł, który okazał się nie być żadną nowością, ;) aby wstawić napój do lodówki. Gdy go później próbowałam nie miał już tak intensywnego "drożdżowego" zapachu i czułam się trochę, jak bym smakowała jakiegoś wytwornego trunku. ;) Gdy dopiłam szklaneczkę do końca – miałam już chęć na kolejną, i jeszcze jedną, i potem jeszcze...
W mojej ocenie jest to napój dla osób otwartych na ciekawe doznania smakowe lub dla takich, które piją ten napój od dzieciństwa i jego specyficzny smak nie stanowi dla nich problemu. To napój dla osób, które dadzą mu szansę i nie zrażą się przy pierwszym podejściu. Ale jak już ktoś "otworzy się na nowe doznania smakowe" nie będzie chciał odstawić tego napoju. Ja w pewnym momencie śmiałam się, że wręcz się od niego uzależniłam. ;D
Mojemu dziecku oraz dzieciom znajomych, które po raz pierwszy próbowały kwasu chlebowego – nie przypadł on do gustu. Natomiast większość kobiet oceniła ten trunek pozytywnie, zachwyciła się nim, a nieliczne wyjątki stwierdziły, że trudno im się określić do końca, ale na pewno jeszcze spróbują kwasu chlebowego.
Panowie, którzy zdecydowali się spróbować "chlebka" również go nie odrzucili, a jeden ze smakoszy stwierdził nawet, że "to dobry napój na odstawienie browara". ;D Co ciekawe, od tamtego dnia zamiast wieczorkiem cieszyć się piwkiem – rozkoszuje się on Razowym Kwasem Chlebowym. ;D
Początkowo się śmiałam z tego co powiedział mój kolega – jednak później kilkakrotnie usłyszałam, iż kwas chlebowy jest wypijany zamiast piwka np. przez niektórych zmotoryzowanych na imprezkach (warto brać przykład), kobiety ciężarne czy karmiące. Warto wspomnieć o tym, że zawarty w tym napoju słód jęczmienny jest składnikiem wspomagającym laktację. Zatem:

Drodzy Panowie i drogie Panie
dziś zamiast piwka na imprezkę
Kwas Chlebowy bierzemy pod ramię. :))


Początkowo najbardziej smakował mi zimny kwas chlebowy, który na upalne dni jest wprost wyśmienity, więc myślałam, że większości osób właśnie w takim wydaniu będzie odpowiadał najbardziej. Okazało się jednak, że tak nie jest. Niektórym smakuje zimny kwas chlebowy, innym w temperaturze pokojowej, a jeszcze dla innych – jego temperatura nie ma najmniejszego znaczenia. Ja obecnie dopasowuję temperaturę trunku do potrzeby chwili. ;)

A jak smakuje kwas chlebowy?



Producent opisuje go w następujący sposób:

"Napój charakteryzuje się lekkim posmakiem podpieczonej skórki chleba
ze słodką i kuszącą nutą karmelu."

Ja, jak i wiele spośród osób w moim towarzystwie, które próbowały Razowego Kwasu Chlebowego, uznaliśmy ten smak za zbliżony do Coca–Coli. Nieco delikatniejszy, lecz przypominający ten napój. Kilka osób, z którymi rozmawiałam pije go nieraz zamiast Coli. Uznają one, że jest to świetna alternatywa do słodkich, gazowanych, nie tak zdrowych napojów. Choć znam i takich, którzy dzielnie obstają przy swoich niezdrowych "towarzyszach" do picia. ;D
Razowy kwas chlebowy jest słodki i lekko cierpki (stąd przypomina w smaku piwko). Wiele osób (także ja) wyczuwa w nim karmel, a niektóre również smak podpieczonej skórki od chleba, o której wspomina producent. Niektórzy mówią o lekkiej kwaskowatości. Nie tylko ja zauważyłam, że napój ten nadaje się rewelacyjnie jako dodatek do obiadu. :))

W ocenie smaku Razowego Kwasu Chlebowego przeprowadzonej przeze mnie i moich znajomych III miejsce zajął kwas o smaku naturalnym.


Na drugim miejscu uplasował się smak śliwkowy.


Zaszczytne pierwsze miejsce otrzymał od nas kwas żurawinowy.


Ja polubiłam Razowy Kwas Chlebowy. Ten o smaku żurawinowym obecnie umila mi czas wszędzie. :)) Koniecznie musicie spróbować. :))





  

Serdecznie zapraszam Was na facebookowy profil Razowego Kwasu Chlebowego od Van Pur


Jeśli natomiast macie ochotę zmieniać swoje życie poprzez wprowadzanie w nim każdego dnia drobnych zmian. Chcielibyście spełniać niewielkie zadania, które prowadzić będą do poprawy jakości Waszego życia (w wybranych przez Was kategoriach) – zapraszam do rejestracji na portalu

  
A jeśli pragniecie testować interesujące produkty, podobnie jak ja Razowy Kwas Chlebowy, zapraszam Was do rejestracji na portalu marketingu rekomendacji


Pozdrawiam Was słonecznie! :)





piątek, 20 czerwca 2014

Książeczkowo kolorowo - moje zdobycze. :))

Dla części Polaków wczoraj zaczął się długi weekend. Czy Wy należycie do tych szczęśliwców, czy też musicie pracować i o wolnym mowy nie ma? Jeśli wypoczywacie to jakie plany macie na ten czas? Szykuje się Wam jakiś wyjazd rodzinny, czy może spędzicie ten okres w domu? Jak zamierzacie go wykorzystać? W końcu kolejny taki weekend chyba nieprędko się powtórzy. ;)
Ja ostatnio, kiedy tylko mam czas, zaczytuję się w książkach. Lubię oderwać się na chwilę od rzeczywistości i zatopić w świecie bohaterów z ciekawej literatury. Ponad to postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu na portalu granice.pl i do końca roku przeczytać 12 książek (to taka moja liczba startowa, później mogę zwiększyć ją do 26 lub 52 pozcycji). Wierzę w to, że większość z Was też docenia dobrą książkę i ciekawi się – co w wydawniczym świecie piszczy – dlatego staram się, by z tego co przeczytam, przygotować dla Was sensowne recenzje.
Aby zdobyć ciekawe nowości wydawnicze i nie stracić przy tym fortuny wyszukuję w internecie konkursy, w których można wygrać interesujące mnie publikacje i "walczę" o upatrzone dzieła.
Dziś podzielę się z Wami zdobytymi przeze mnie lekturami oraz adresami pod którymi je wygrałam. Może również zechcecie poczytać o nowościach wydawniczych, zobaczyć ich recenzje oraz powalczyć o nagrody książkowe? Albowiem interesująca lektura – to wspaniała i wartościowa rozrywka nie tylko na długi weekend. :))

W obecnym czasie czytam książeczkę, którą wygrałam dzięki Gosiek :) na blogu Blask Książek z okazji jego 2 urodzin. Książka ta to dzieło Krystyny Mirek pt. "Miłość z jasnego nieba".
Żebyście wiedzieli o czym jest "Miłość z jasnego nieba" cytuję jej opis:
"Daniel i Angelika to ludzie, którzy już od dawna mają w życiu jasno sprecyzowane cele i są w stanie zrobić wiele, by je osiągnąć. Teraz los zetknął ich ze sobą w sytuacji, z której tylko jedno z nich może wyjść zwycięsko.
Ona chce zmusić go, by podpisał niekorzystną dla siebie umowę. On za wszelką cenę pragnie zmienić warunki tego kontraktu, a przy tym, jako niepoprawny uwodziciel, chce uczynić z niej kolejną zdobycz do swojej „kolekcji”. Okoliczności zdają się nie sprzyjać porozumieniu, a tym bardziej – narodzinom uczucia. Jednak w mroźny dzień
św. Walentego wiele się może wydarzyć…
Ta książka to opowieść o kiełkującym uczuciu, budującym się zaufaniu, dokonywaniu trudnych wyborów, godzeniu się z przeszłością i… opadających maskach."
A oto sama książka:


  
Jak wspominałam czytadełko to wygrałam na blogu 


Możecie na nim przeczytać recenzje nowości wydawniczych, często przedpremierowe, napisane przez cztery dziewczyny: Gosiek, Fosiek, Jackie oraz Oli Barańskiej. Na ich fanpage'u możecie natomiast znaleźć między innymi informacje o trwających na blogach konkursach książkowych.


Wygrana, która nadeszła do mnie w ekspressowym tempie (2, czy 3 dni) została ufundowana przez Wydawnictwo Feria. Na ich fp również znajdziecie ciekawe książki, recenzje i konkursy. Zapraszam!


Kolejna nagroda przybyła do mnie dzięki Wydawnictwu Replika. Książkę Melissy Marr "Opiekunka Grobów" wygrałam na ich fp. Przyznacie, że sam tytuł brzmi bardzo ciekawie. :) Jednak podam jeszcze kilka cytatów zachęcających do przeczytania tej książki, a znalezionych przeze mnie w internecie:
" 'Opiekunka Grobów' to romantyczny horror albo romans z elementami grozy w tle. Para głównych bohaterów musi odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytanie: czy kochają się, bo tak za nich ustalono, czy też ich miłość jest autentyczna i pomoże im w misji utrzymania ładu w świecie zmarłych."
"Nikt tak nie kreuje światów, jak Melissa Marr." - Charlaine Harris
"Marr serwuje ekscentryczne dark fantasy ukształtowane wokół tematów przeznaczenia, wolnej woli i zombie... Dobrze nakreśleni bohaterowie i ich burzliwe relacje sprawiają, że opowieść tętni własnym życiem." - Publishers Weekly
Nie mogę się doczekać, kiedy zacznę ją czytać. Zwłaszcza, że trochę odmiany co do tematyki przerabianej przeze mnie literatury na pewno się przyda. :))

 


A fp Wydawnictwa upodobałam sobie szczególnie. Mnóstwo konkursów, naprawdę ciekawych, z dużą ilością książek do wygrania. Ekipa prowadząca fanpage z ogromnym poczuciem humoru – lubię zaglądać tam choćby dla dobrej zabawy. :) Jeśli macie chęć – możecie przedpremierowo poczytać niektóre ich książki i sprawdzić się jako recenzent. Obecnie można zostać recenzentem książki Iwony J. Walczak "Dom Złudzeń". Zapraszam tutaj:


Kolejną książką, która do mnie ostatnio dotarła jest dzieło Sylwii Chutnik pt. "W krainie czarów". Książka w grubej oprawie, świetnie się prezentuje. Jej fragment przeczytałam już na stronie wydawnictwa i zaciekawił mnie. Reklamowana jest ona następująco:
"Sylwia Chutnik w swojej najnowszej książce stawia pytania o to, jak poradzić sobie w niezwyczajnych sytuacjach, które dopadają nas każdego dnia, takich jak śmierć, strata, ból. Zastanawia się nad tym, kiedy ostatecznie wychodzimy z bezpiecznego ogrodu dzieciństwa, stajemy się dorośli, odpowiedzialni, dojrzali? Kiedy i od kogo uczymy się, jak radzić sobie z trudnymi emocjami, jak radzić sobie ze sobą?".

Zaciekawieni? :)) Bo ja bardzo. :))

Książkę wygrałam w konkursie na fanpage'u Wydawnictwa Znak. A oto ona:



Nie wiem jak Wy – ale ja bardzo lubię czytać książki właśnie tego wydawnictwa. Jedną z ich powieści jest właśnie przeczytany przeze mnie ostatnio "Wymarzony dom". Zapraszam na 


oraz na stronę internetową, na której przez cały obecny weekend dostawa jest darmowa i wspaniałe nowości wydawnicze można dostać teraz 20 – 30% taniej. 

 
Ostatnio tak pochłonęły mnie konkursy książkowe, że nie brałam udziału prawie w żadnych innych. Koniecznie muszę nadrobić. ;) A tymczasem czekam na jeszcze dwie książeczki, ale o nich będę pisała dopiero – gdy do mnie trafią. Ciekawe ile w tym czasie zdążę przeczytać. :))

Zachęcam do podzielenia się w komentarzach Waszymi wnioskami.
Która z przedstawionych książek najbardziej przypadła Wam do gustu? Której recenzji jesteście najbardziej ciekawi?
A Wy? Czytacie w długi weekend? Tak? Co takiego? Natomiast jak nie czytacie – pochwalcie się jak spędzacie ten wolny czas. :) Jeśli oczywiście macie wolne. 
 
Pozdrawiam! :))


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Moja recenzja książki "Wymarzony dom"

Witajcie kochani!

Skończyłam właśnie czytać książkę Magdaleny Kordel pt. "Wymarzony dom" i śpieszę podzielić się z Wami swoim odczuciami na jej temat. 


Na początku książki poznajemy Madeleine (Magdę), która podejmuje decyzję o rozstaniu ze swoim chłopakiem Grzegorzem. Grzegorz jest zaskoczony, ponieważ w jego oczach związek ich był "po prostu idealny. Mieszkali osobno ('nowoczesność i samodzielność', jak często powtarzał, 'jest podstawą zachowania niezbędnej autonomii', do czego zwykł wracać, gdy podrywając się z łóżka po pospiesznym seksie, natykał na jej pełen wyrzutu wzrok), obiady jadali u niej ('wspólne posiłki integrują związek oparty na swobodzie i niezależności'). Posiłki ofiarnie przygotowywała sama, bo Grzegorz był miłośnikiem domowej kuchni, a wieczory spędzali oddzielnie, bo, jak twierdził, skoro pracowali razem, należało im się trochę 'odpoczynku'. Zresztą soboty i niedziele też zwykł wydzielać Madeleine nader skąpo."
Przytoczyłam ten opis, gdyż bardzo mi się spodobał i chciałam naświetlić Wam w kilku zdaniach z czego zrezygnowała Magda rozstając się z partnerem. ;) Przy tej okazji porzuciła również pracę u Grzegorza.
Jednocześnie mama Klary – jej przyjaciółki "popadła w kłopoty". Kupiła dom w Malowniczem, niewielkim miasteczku położonym w Sudetach. Nabyła go w ramach oszczędności małżeńskich, aby zaraz odsprzedać, jednak nie mogła znaleźć dla niego nowego właściciela, a lada moment dowiedziałby się o zakupie jej mąż. ;D Madeleine szkoda się zrobiło pani Lilki i postanowiła odkupić dom – choć nigdy wcześniej go nie widziała, a gdzie owo Malownicze się znajduje też nie miała pojęcia. Gdy pojechała obejrzeć nabytek – okazało się, że nie ma w nim: prądu i wody. Nawet przez telefon pogadać nie mogła, bo w miasteczku "na końcu świata" nie było z jej sieci zasięgu. W sumie... spowrotem do domu Magdy nic nie ciągnęło (nie miała pracy, z byłym partnerem nie miała najmniejszych chęci się spotkać), więc została w Malowniczem "na jakiś czas".

Kolejno poznajemy inne wiodące bohaterki książki: Julię, Krysię oraz dziewczynki Marcysię i Anię.
Julia, świeżo upieczona maturzystka, mieszka tylko z tatą. Jej mama nie żyje, a zachowania drugiego rodzica nasza bohaterka ma już dość. Kacper (tak Julia wyraża się o swoim ojcu) nie chce mówić o swojej przeszłości, nie okazuje córce uczuć, ani jakiegokolwiek zainteresowania. Prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy nawet z faktu, że córka właśnie zdała maturę. Ponad to przyprowadza na noce do domu kobiety, które traktuje wyłącznie przygodnie, a co najgorsze, często wyjeżdża na długi czas zostawiając jedynie kartkę z informacją o tym fakcie oraz o przelanych na konto dziewczyny pieniądzach, mających "zapobiec wyrzuceniu jej z mieszkania i śmierci głodowej".
Gdy po raz kolejny Kacper nagle wyjeżdża Julia przypomina sobie o liście mamy, który ta napisała przed śmiercią. List był kierowany do babci naszej bohaterki i zawierał prośbę by ta zmusiła Kacpra "by uporał się z przeszłością. By pozałatwiał te wszystkie niedokończone sprawy i uzyskał przebaczenie lub przynajmniej cień zrozumienia. W innym wypadku nie będzie mógł normalnie żyć, a Julia razem z nim." Babcia Julii niestety zmarła dwa miesiące po śmierci jej mamy i nie zdołała spełnić prośby Danusi. Nasza bohaterka postanawia przeszukać pokój Kacpra i na dnie szuflady znajduje zdjęcie uśmiechniętej dziewczyny. W tym momencie decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i dowiedzieć się, co miała na myśli jej mama pisząc pamiętny list. Kto znajduje się na odnalezionym zdjęciu? Jakie sprawy powinien wyjaśnić jej tata? Od kogo powinien uzyskać przebaczenie, aby wreszcie zacząć normalnie żyć?

Istotną rolę w książce "Wymarzony dom" pełnią również Marcysia i Ania. Dziewczynki, które po śmierci rodziców zamieszkały u dziadków. Niestety ich życie nie jest usłane różami. Starsi państwo "Bbbimbber pędzą i wwwódą po pprostu hhhandlują". Jednak najgorzej jest gdy "dziadkowie postanawiają przyciągnąć klientów i urządzają degustację wyrobów". W takich sytuacjach małoletnie niejednokrotnie muszą chować się na strychu. Chcecie wiedzieć jak potoczą się losy dziewczynek? Jeśli tak – zapraszam do lektury. :))

Czy warto przeczytać tę książkę? Oj tak. :))


"Wymarzony dom" to kilka ciekawych przeplatających się ze sobą historii. Nie tylko główni bohaterowie są dla czytelnika interesujący. Pani Basia, Krysia, Florek, Majka, piękny Roman, a nawet zakochany alkoholik Miecio – to cała feria barwnych postaci, a każda z nich mogłaby opowiedzieć własną ciekawą historię. 
Brakowało mi w opowieści przykładu choćby jednej szczęśliwej rodziny, udanego związku bez żadnych przygodnych historii. Mnóstwo zaś w niej miłosnych tragedii, "skoków w bok", małoletnich mających nieszczęśliwe dzieciństwo. Okazuje się, że nawet główna bohaterka (choć ten wątek akurat mi się spodobał).... Co główna bohaterka – zapytacie. A tego właśnie nie zdradzę. ;)
Nie jest to książka do "połknięcia" w jeden wieczór. Miałam chwile – gdy odkładałam ją na półkę mimo, iż mogłam jeszcze czytać. Za to dawkowanie jej sobie w częściach, każdego dnia – daje ogromną satysfakcję. Odbiorca nieraz ma ochotę rzucić wszystko, zostawić swoje życie za plecami, a oszczędności przeznaczyć na "dom w Malowniczem", którego wcześniej nie widział nawet na zdjęciu. Ba! Są takie momenty, że człowiek gotów byłby zadłużyć się na zakup tego domu. ;D Marzy wówczas o tym, o czym marzy autorka książki "żeby odnaleźć swoje Malownicze". 
Gubiłam się trochę i wkurzałam, kiedy Magdalena Kordel przedstawiała cząstki tajemnicy związanej z Julią i Tymkiem, dlaczego niby ci młodzi ludzie nie powinni ze sobą być. Gdy jednak poznałam całą historię zrozumiałam, że stopniowe zdradzanie tajemnicy trzyma czytelnika w napięciu – a autorka ukazywała kolejne elementy układanki wprost w mistrzowski sposób. 
"Wymarzony dom" to kilka pięknych historii opisanych w ciepły sposób, językiem zrozumiałym dla każdego czytelnika. Kolejno poznawane postacie, ich osobowości, historie i tajemnice z nimi związane – budzą ciekawość i sprawiają, że czytelnik pragnie znaleźć się w Malowniczem.
Czytając "Malownicze" zasłuchiwałam się w powieści, uśmiechałam pod nosem, a czasem śmiałam w głos, wzruszałam się a nieraz nawet napływały mi do oczu łzy. Kilka razy złościłam się tajemnicą, bo nie potrafiłam jej zrozumieć. Ech... to były piękne chwile spędzone z książką. 

Jedna z myśli zawartych w treści powieści brzmi "... już tak bywa, że w ludzkim życiu wszystko ulega zmianie. Jednego dnia ma się ochotę umrzeć, a drugiego nagle odnajduje się kontakt z życiem. Trzeba tylko cierpliwie czekać". Jakże bliska jest ta myśl mojemu mottu życiowemu i wspaniale oddaje treść książki, jest wręcz jej kwintesencją.


Tutaj zostaje mi szeroko uśmiechnąć się do autorki książki oraz Wydawnictwa Znak. Może ktoś podrzuciłby mi "Wymarzony czas" do przeczytania i zrecenzowania na blogu? ;)

Albowiem wiedzieć musicie, drodzy czytelnicy, że "Wymarzony dom" to jedynie początek pięknych opowieści. Dalsze losy bohaterów poznać możemy czytając kolejną część książki.

Jeśli macie ochotę dowiedzieć się czegoś na temat Magdaleny Kordel – autorki powieści, na temat jej innych książek oraz podejmowanych przez nią inicjatyw – zapraszam na jej profil na facebooku
oraz blog
TU.

Koniecznie też zajrzyjcie na profil Wydawnictwa Znak. Znajdziecie tam mnóstwo ciekawych pozycji książkowych, informacje z życia wydawnictwa, a także interesujące konkursy z nagrodami
Ja z książką Magdaleny Kordel spotkałam się po raz pierwszy. A Wy? Mieliście okazję przeczytać jakieś tytuły tej pisarki? Jak oceniacie jej dzieła? Zostawiajcie swoje spostrzeżenia w komentarzach.

Tymczasem biegnę wyrwać z łap tygrysa kolejną książeczkę do której przeczytania z przyjemnością przystępuję. ;D


 To do kolejnego! ;)








 

sobota, 14 czerwca 2014

Tescowania ciąg dalszy. ;)

Gdyby ktoś nie wiedział co oznacza słowo z tytułu posta śpieszę wytłumaczyć:

Tescowanie = Tescowe testowanie = testowanie artykułów marki własnej Tesco. ;)

Kiedy z mężem i córeczką pojechaliśmy do Tesco, aby wymienić otrzymane od 
 

bony na konkretne produkty – postanowiliśmy też kupić lody. Jako zaś, iż w najbliższych dniach mieliśmy smakować artykuły Tesco – nabyliśmy właśnie ich wyroby.
Jedyne, co mi się nie spoodobało to fakt, że te smakowitości znajdowały się w różnych częściach lodówek. Podzielone były według smaków (w innych miejscach: waniliowe, truskawkowe, czekoladowe itd.), a nie nazw firm, które je wyprodukowały, więc poszukiwane przez nas mrożonki znaleźliśmy z pewnymi kłopotami. W końcu jednak wydobyliśmy lody: waniliowe, bakaliowe oraz waniliowo – truskawkowe.


 Córcia wykorzystała lody, rodzynki i rurki waflowe do przygotowania pysznego deseru.


Rurki waflowe okazały się smakowite i chrupiące. Zarówno do zimnych lodów, ciepłej kawy, jak i spożywane samodzielnie – są równie dobre. A lody? Szkoda, że nie ujęto ich w cenie bonów, gdyż więcej osób miało by okazję ich spróbować. Są rewelacyjne. Tańsze od tych znanych, dobrych firm, a równie pyszne.

Kolejnego dnia do obiadu postanowiłam wykorzystać ziemniaki Agata. Są to ziemniaki o cechach ogólnoużytkowych i sałatkowych. Zaleca się je do przygotowywania: sałatek, zup lub gotowania (w całości albo w cząstkach). Postanowiłam je ugotować, gdyż uważam, że jest to najlepszy test dla ziemniaków.
Dodatkowo, w ostatnim czasie miałam okazję próbować różnych ziemniaków. Okazywały się śmierdzieć chemicznie, były zbyt twarde mimo długiego gotowania lub szybko ulegały rozgotowaniu. A smak? Nawet nie potrafię tego określić.
Próbowałam ratować w swoich oczach honor kartofli, więc kupowałam te, które zwane są "młodymi". Pamiętam młode ziemniaczki z dzieciństwa. Zazwyczaj były małe i delikatne w smaku. Z dodatkiem koperku lub kwaśnym mlekiem do popicia smakowały wybornie. Kupione obecnie "młode ziemniaki" były zbyt duże i nie dobre po prostu. Mniejsze również znacznie odbiegały od tych, które jadałam w dzieciństwie.
Wróćmy jednak do ziemniaków Agata.


Co się okazało? Ziemniaki są super. Zapach surowych nie jest może rewelacyjny, ale też nie drażniący, nie rozgotowały się, po ugotowaniu nie były zbyt twarde, ani zbyt miękkie. I co najważniejsze. Bardzo nam smakowały. To były pierwsze ziemniaki w tym roku, których smak całej naszej rodzinie odpowiada. Niestety nie są najtańsze, ale z całą pewnością mogę je spokojnie każdemu polecić.

Pewnie zaczynacie myśleć, że może fakt otrzymania przeze mnie tych artykułów za darmo powoduje moją pozytywną ocenę? Mówiąc szczerze, pisząc ten post, sama zaczęłam się zastanawiać nad tym, że wszystkie produkty Tesco tylko chwalę i czy nie ma wśród nich takich, bądź przynajmniej jednego takiego, który nie przypadłby mi do gustu. I znalazłam... kiełbaski Bratwurst.
Kiełbaski Bratwurst powstały z myślą o grillowaniu. My, ze względu na obecność maleństwa w naszym domku na grilla się nie wybieraliśmy, więc postanowiłam przygotować kiełbaski w piekarniku. Dla urozmaicenia razem z Kasią zrobiłyśmy z nich szaszłyki.


Szaszłyki z Bratwurstami próbowało kilka osób. Kiełbaski, które mają w swym składzie 80% mięsa, co współcześnie jest rzadkością ;) – posmakowały córeczce. Większość osób testujących stwierdziła, że mocno czuć w nich przyprawy. Jedni czuli kminek, inni majeranek. Według jednych – przyprawy nadały wyrazistości kiełbaskom, według drugich zabiły ich smak. Ja należę do tych drugich. A Wy? Musielibyście sprawdzić i ocenić sami.

Pieczone kiełbaski okazały się za to doskonałym pretekstem do posmakowania "musztardy starofrancuskiej" Tesco.



Musztarda ta w swoim składzie ma (uwaga!) białe wino (oczywiście niewielką ilość ;) ) oraz całe ziarenka białej i czarnej gorczycy. Nigdy wcześniej nie miałam okazji próbować tego produktu z całymi ziarnami. Podoba mi się moment rozgryzania ziaren. Fajnie wówczas "strzelają w ustach". Mam wrażenie, że wtedy smak musztardy nabiera dodatkowej wyrazistości. Musztarda jest lekko ostra. Według mnie i mojej młodej wyśmienita. Używamy jej z przyjemnością do wszelkiego rodzaju mięs.

A Wy mieliście okazję próbować te produkty? A może smakowaliście inne artykuły marki własnej Tesco? Koniecznie podzielcie się ze mną swoimi spostrzeżeniami w komentarzach.

A jeśli chcielibyście, podobnie jak ja, brać udział w testowaniu różnych ciekawych produktów zapraszam tutaj

Już wkrótce kolejna część Tescowania. ;))

wtorek, 10 czerwca 2014

Początek mojej wielkiej przygody z książkami

Witajcie!

Pewnego pięknego dnia, natchniona dzięki niejakiej Gosiek ;) z bloga http://www.blaskksiazek.pl/ - napisałam o tym, jak rozpoczynała się moja przygoda z książkami.

Macie ochotę posłuchać? :))
Zapraszam więc na filiżankę ciepłej herbaty i garstkę wspomnień. ;))


Czytać nauczyłam się w zerówce i generalnie lubiłam to zajęcie. Początkowo było to czytanie książeczek z wierszykami dla dzieci, krótkich opowiastek z mnóstwem ilustracji ze wspaniałej, pamiętnej serii "Poczytaj mi mamo" oraz opowiadań ze szkolnego "Abecadła". Jednak moja prawdziwa przygoda z książkami zaczęła się od lektury szkolnej. Większość osób nie znosi lektur. Ja też nie przepadam za tymi, które przerabiać kazano nam w starszych klasach szkoły podstawowej oraz w szkole średniej, jednak to właśnie jedna z nich, w II lub III klasie szkoły podstawowej otworzyła mi oczy na wspaniały świat literatury. :))
Była to książka "Spotkanie nad morzem" Jadwigi Korczakowskiej. To pierwsza dłuższa książka, jaką przeczytałam i wówczas pokochałam ten świat. Lekturę tę czytało się w miarę łatwo. Napisana jest językiem przystępnym dla ośmio, dziewięcio – latki, a i literki w niej są dość duże. Nawet nie zauważyłam jak szybko przebiega czytanie, strona za stroną poznawałam świat chorowitej, nieco zarozumiałej Danusi, która wyjechała nad morze w odwiedziny do pani Ady, aby wzmocnić się nieco. I kiedy Danusia poznała Elzę byłam zauroczona powieścią, książka "wciągnęła mnie" do tego stopnia, że przegapiłam wieczorne programy telewizyjne, które zawsze oglądałam. Gdy zrobiło się późno do pokoju weszła mama i powiedziała, że czas iść spać. Pamiętam, że jeszcze chwilę pozwoliła mi poczytać, ale po kolejnych trzech, a może czterech upomnieniach nakazała zgasić światło w pokoju, gdyż kolejnego dnia szliśmy rano do szkoły. Zgasiłam światło, a sama weszłam do wielkiej szafy do której wstawiłam lampkę nocną i w tej szafie właśnie dokończyłam czytanie. :)) Pamiętam, że do łóżka położyłam się o 3:00 nad ranem, jednak długo jeszcze myślałam o dalszych losach Danusi i Elzy, które razem pojechały do Warszawy. :))
Później czytałam dużo i wszędzie. Na przystanku, w autobusie, w swoim pokoju, ogródku przed domem, po drodze do szkoły i ze szkoły. Obecnie czytam, kiedy moja miesięczna córeczka daje mi tylko taką możliwość, nawet w momencie kiedy czekam, aż odbije jej się po jedzeniu. ;D

 
A Wy? Lubicie czytać? Jak często to robicie? Możecie polecić mi jakąś naprawdę wyjątkową Waszym zdaniem książkę? :))

Do kolejnego. :))



poniedziałek, 9 czerwca 2014

Produkty żywnościowe marki własnej Tesco - moja opinia.

Witam Tescowo! ;)

Jak wspominałam wcześniej – dzięki uprzejmości serwisu Talk Marketing zostałam Ekspertem Jakości
 
 
Wśród produktów własnych Tesco, jakie miałam okazję wraz z rodzinką spróbować znalazły się:


Niestety nie udało mi się sfotografować wszystkich produktów z osobna, więc wybaczcie mi, że tym razem wyjątkowo przedstawię przy niektórych artykułach zdjęcia, które nie są mojego autorstwa, a przy innych nie będzie zdjęć, gdyż nie udało mi się nigdzie odpowiednich znaleźć. 
Jak zapewne zauważyliście na powyższej fotografii nie wszystkie produkty udało mi się zdobyć.
Kupony na: jabłka Jonaprince, bułki wiejskie ciemne oraz chrupki kukurydziane z orzeszkami arachidowymi – podarowałam koleżance, która bez problemu nabyła je w Tesco w swoim mieście. Na kupony moja przyjaciółka zdecydowanie sobie zasłużyła, ;) bo nie dość, że fajna z niej babeczka, to większość zakupów robi w Tesco właśnie, często kupując produkty ich marki własnej. Jako, iż moja znajoma chrupek arachidowych nie jada – przywiozła je dla naszej córeczki, a Kasia była z tego faktu bardzo zadowolona. ;))

Polskie jabłka Jonaprince słodkie, twarde – posmakowały mojej koleżance. Podobało jej się, że były świeże oraz czuć w nich było zarówno słodycz, jak i "pewną kwaskowatość". Stwierdziła jednak, że jak dla niej są za bardzo soczyste. Mówiła, iż jedząc je – niejednokrotnie sok "kapał jej po brodzie". Nie wiem, czy takie jabłka trafiły się jej akurat, czy wszystkie są takie – jednak znam osoby, które właśnie bardzo lubią mocno soczyste jabłka, więc jest to rzecz gustu. Ponad to takie jabłka dosknale nadają się np. do przygotowania soku z nich, a jak wiemy, soki ze świeżo wyciśniętych owoców – mają największą wartość. 

Jednak Tesco nie poprzestaje w swej ofercie jedynie na tych jednych jabłkach i wychodzi naprzeciw osobom o bardzo różnorodnych gustach smakowych. Dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego, albowiem wśród wielu różnorodnych odmian jabłek można znaleźć m.in.:
  • jabłka Gloster,
  • jabłka Idared,
  • jabłka polskie Jonagold słodkie twarde,
  • jabłka polskie Gloster lekko kwaśne twarde,
  • jabłka polskie Ligol lekko kwaśne twarde,
  • polskie jabłka Elstar do pieczenia. 

Bułki wiejskie ciemne (czyli bułki pszenne z dodatkiem ziaren siemienia lnianego i sezamu) – bardzo lubi mąż mojej koleżanki i często je kupuje. Określa on te bułeczki słowami: duże, miękkie, dobre w smaku i sycące. Koledze wystarczają dwie bułki na śniadanie i czuje się najedzony, a jak wiemy dla mężczyzny jest to jeden z podstawowych wyznaczników wartości produktu. ;) Moja znajoma zauważyła natomiast małą wadę bułeczek – w środku są dziurawe.  
A pieczywa w Tesco również do wyboru do koloru. Możemy znaleźć w nim, nie tylko różne bułeczki, ale też: chleby, bagietki, bułki do hot–dogów i hamburgerów, a nawet wrapsy (tortille), włoskie paluszki chlebowe i gofry.
I to by było tyle wrażeń mojej koleżanki i jej męża na temat testowanych produktów.

Ciekawi jesteście jak przebiegało testowanie produktów u mnie w domu? Zapraszam do dalszej części posta. :))

Kiedy z mężem i córeczką wróciliśmy ze sklepu – musiałam szybko zrobić zdjęcia zakupionych produktów, bo na myśl o niektórych smakołykach aż "ślinka napływała nam do ust", a ręce same rwały się w ich kierunku. ;D

W pierwszej kolejności spróbowaliśmy soku Smoothie mango i marakuja, który jest produkowany z soków i przecierów owocowych, a następnie pasteryzowany. Co istotne - nie ma w nim dodatku cukru. Jest naturalny i zdrowy.
Sok jest delikatny, wyczuwa się w nim drobinki przetartych owoców. Jest przepyszny. Cała nasza rodzinka była pod ogromnym wrażeniem jego smaku. Chętnie byśmy pili go częściej, ale cena 3,49 zł za 250 ml soku – niestety jest dla nas wysoka. Z drugiej strony – to co dobre i zdrowe zazwyczaj sporo kosztuje. ;) Jestem natomiast przekonana, że sok ten, tak jak i inne soczki marki Tesco z przetartych owoców – posmakują zarówno dużym, jak i małym konsumentom. :))
Ach! Jeśli macie ochotę spróbować tych smakowitości – szukajcie ich w dziale warzywno – owocowym, a nie na półkach z napojami.


Migdały w polewie czekoladowej też nie czekały długo na "swoją kolej". ;)
Ledwie wyszliśmy z Tesco, usłyszałam: "To może spróbujemy tych migdałów?". Nie zgodziłam się, bo przecież przynajmniej kilka zdjęć produktów otrzymanych w kampanii chciałam zrobić, zanim je "spałaszujemy". ;) Później magiczne "Daj wreszcie te migdały" – powtarzało się co kilka minut, więc zaraz po kliknięciu kilku fotek – musiałam ustąpić. ;P
Według moich bliskich – migdały w brązowej oraz białej czekoladzie – były bardzo dobre. Jednak tak im smakowały, że zbyt szybko się skończyły i pozostał im niedosyt. Ja natomiast byłam bardzo ciekawa tego produktu i okazało się, że ta słodkość to jednak nie moja bajka. Miałam wrażenie, że czekolada zabiła smak migdałów i stwierdziłam, iż migdały same w sobie są tak dobre i niepowtarzalne, że żadna czekolada nie jest im potrzebna. Ale to kwestia indywidualnych upodobań.
Na pewno warto ich spróbować, aby samemu sprawdzić, czy to połączenie nam pasuje. Polecam więc skosztować i osądzić ich wartość osobiście. :)


Ogólna ocena moja, mojej rodziny, koleżanki i jej męża, dotycząca skosztowanych produktów jest bardzo dobra. Ceny artykułów spożywczych marki Tesco są większe niż towarów z niższej półki, ale mniejsze od tych markowych, natomiast produkty są tak samo dobre, jak te sygnowane popularnymi markami. Testowane przez nas artykuły były świeże, a to, że jedne smakowały nam bardziej, inne troszkę mniej – to już wyłącznie rzecz gustu. W kilku słowach? Warto kupować produkty marki własnej Tesco. Naprawdę szczerze je polecam! :))

O innych przetestowanych artykułach, które otrzymałam w ramach kampanii Tesco – napiszę wkrótce. Tymczasem osoby, które chętne są, aby podobnie jak ja, testować różne produkty – zapraszam do rejestracji na stronie Talk Marketing, do czego posłuży Wam poniższy link:


Jeśli macie jakieś spostrzeżenia po przeczytaniu mojej opinii zapraszam do pozostawienia komentarza poniżej.

Pozdrawiam gorąco!
Czy u Was też panuje upał? ;)

piątek, 6 czerwca 2014

Multi – lipidowy krem do twarzy Oillan – moja opinia.

Dziś zapraszam Was, kochani, do świata mamuśkowych testów. Od czasu do czasu zobaczycie na mym blogu produkty, które wpadły mi w łapki oraz moją ich ocenę. Z racji tego, iż jestem mamą dziewczynek o sporej rozpiętości wiekowej ;) (10 lat i 1,5 miesiąca), kobietą i żoną – wiele ciekawych, a także kiepskich produktów przewija się przez nasz dom. Uważam, że warto poświęcić im trochę miejsca na blogu. Może pomoże to Wam, gdy będziecie potrzebowali jakiegoś konkretnego produktu.

Na pierwszy ogień rusza multi - lipidowy krem do twarzy Oillan z serii Balance.


Najogólniej ujmując krem ten przeznaczony jest do cery bardzo suchej i wymagającej regeneracji, czyli dokładnie takiej jak moja w momencie, gdy zostałam ambasadorką Oillan i otrzymałam produkt.
Zgodnie z obietnicami producenta krem ma:
  • uzupełniać poziom lipidów w naskórku,
  • skutecznie koić i łagodzić podrażnienia,
  • uelastycznić i wygładzić skórę.

Jesteście ciekawi jak się spisał u mnie? :) Oto odpowiedź:

Jest to krem o bardzo przyjemnej, niezbyt gęstej konsystencji. Wystarczy jego niewielka ilość, aby posmarować całą twarz. We wskazaniach napisano, by używać go dwa razy dziennie. Ja początkowo stosowałam trzy razy, ponieważ moja skóra była już bardzo wysuszona i podrażniona. Po posmarowaniu twarzy kremem początkowo pojawiała się na niej tłusta osłonka, która po jakimś czasie jednak bardzo ładnie wnikała w skórę.
Krem jest bezzapachowy. Podczas pierwszego i drugiego użycia kosmetyku, gdy go nakładałam na twarz, miałam wrażenie delikatnego pieczenia, uczucia gorąca na policzkach, ale przy kolejnych zastosowaniach problem ten zniknął. Krem nie podrażnił, ani nie uczulił mojej twarzy.
Po trzech tygodniach stosowania i zakończeniu pierwszej tubki kremu moja twarz stała się wyraźnie: odżywiona, wspaniale nawilżona i wygładzona. Obecnie używam jego drugiej tubki. Moja skóra jest w zdecydowanie lepszej formie, więc stosuję go dwa razy dziennie, naprawdę w niewielkich ilościach, a te dwa zastosowania dziennie wystarczają, abym miała poczucie twarzy dobrze nawilżonej, odżywionej i gładkiej. Ten kosmetyk uratował moją skórę w momencie, gdy nie wiedziałam, jak sobie poradzić z jej problemami i na pewno będzie mi towarzyszył nadal. Zdecydowanie będę polecała go osobom z suchą, wrażliwą, skłonną do podrażnień skórą.
Szkoda, że krem ten jest tak słabo dostępny w moim mieście. Nabyć go można w aptekach oraz w dziale aptecznym Super Pharm i Hebe, których to w mojej miejscowości nie uraczycie. ;) Na szczęście istnieje jeszcze coś takiego, jak apteki internetowe, tylko tu wiadomo – dopłacić trzeba za wysyłkę towaru.

Plusy:
  • konsystencja,
  • odżywienie skóry,
  • nawilżenie,
  • wygładzenie,
  • nie uczula,
  • wydajność,
  • cena adekwatna do jakości produktu.

Minus:
  • słaba dostępność w moim mieście.


     Moja ocena: 5/5 
    Polecam! :))
     
    Osoby zainteresowane produktami Oillan zapraszam na stronę internetową 
     
    (na której dodatkowo wciąż można odnaleźć ankietę pozwalającą zostać ambasadorem tych świetnych kosmetyków :)) )
     
    oraz na ich fanpage:

środa, 4 czerwca 2014

Razowy Kwas Chlebowy przetestują... :))

Cześć!

Domyślam się, że kobiety, które brały udział w konkursie dotyczącym testowania Kwasu Chlebowego – niecierpliwie czekają już na wyniki. ;D


Nie podejrzewałam, że tak długo będziemy debatowały z córeczką na ten temat. W każdej z Waszych wypowiedzi było coś interesującego. Niby jedno pytanie, a jaka rozmaitość ujęcia tematu. :))
Ucieszyła mnie liczba uczestniczek rozdania "chlebka". Wyłonienie zwycięzcy w takim konkursie okazuje się naprawdę trudne, gdyż każda odpowiedź ma w sobie coś, czym się wyróżnia.
Jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że wszystkie wraz ze mną będziecie testowały Razowy Kwas Chlebowy. Jestem zaszczycona i czekam na Wasze recenzje wysłane na mój adres e'mail już po jego spróbowaniu. Ciekawe na ile Wasze wypowiedzi konkursowe pokryją się z tym, jakie wrażenia odniesiecie już po spróbowaniu tego zdrowego napoju. :))
Cieszę się również z tego względu, że jak na początkujący blog – ilość wejść na wątek o testowaniu Kwasu Chlebowego oraz liczba komentarzy – jest naprawdę zadowalająca. Dziękuję zarówno uczestniczkom, jak i czytającym.

Za najbardziej interesującą i napisaną poprawną polszczyzną uznałyśmy z Kasią wypowiedź Martusi S. – dlatego Martuś, masz prawo wyboru smaku Razowego Kwasu Chlebowego. Podając adres do wysyłki – napisz jaki kwas wybierasz: naturalny, śliwkowy, czy żurawinowy. 


Cerien! Twoja wypowiedź była oryginalna i rozbawiła nas, a córa z 5 razy mówiła, żebym nie wysyłała Ci kwasu śliwkowego. Powiem szczerze, że ja też nie darzę miłością tego smaku (kojarzy mi się z kompotem z suszu ;) ), ale same śliwki lubię i akurat ten kwas mi posmakował. Jednak posłucham Twoich sugestii i zdania pierworodnej. ;D

Inspiracje Online
No, no, jak na osobę, która nie próbowała Kwasu Chlebowego – odpowiedź bardzo bliska prawdy. :))

Ewo! Ty wiedziałaś o czym piszesz. :) Mogę już przyznać, że mi kwas o smaku żurawinowym przypadł najbardziej do gustu. Zakochałam się w nim. ;) Nie wiem zaś, czy Ty piłaś kwas naturalny, ale dla odmiany spróbujesz właśnie takiego. :)

Jeszcze raz bardzo dziękuję Wam za udział. Czekam na Wasze adresy wysłane na mój adres e'mail:

Udanego testowania "chlebka". :))


Pozdrawiam serdecznie czytelników i życzę wszystkim słońca, nie tylko tego na podwórku, ale również, i przede wszystkim, w Waszych serduchach! :))